KSIĄŻKI 

Zimne ognie – Thriller na chłodno [recenzja]

Dziecięca trauma, toksyczne uczucie i zabójcze intrygi… Teoretycznie są to motywy, które powinny gwarantować zajmujący thriller. Tyle tylko, że „Zimne ognie”, czyli powieść zbudowana na wspomnianych kwestiach, stanowi nader rozczarowujące przedstawienie. Z nielicznymi wyjątkami.

Sama idea i punkt wyjściowy są jednak całkiem interesujące. Jest to bowiem historia młodej kobiety, w której życie, wypełnione zawodowymi sukcesami, zaczyna wkradać się poczucie pustki. A dokładniej – brak potomstwa. Decydując się na zabieg sztucznego zapłodnienia, Kate Powell nie przypuszcza jednak, że z początkowo anonimowym dawcą nasienia wkrótce złączy ją szczególna, bardzo niebezpieczna więź. Bo dla niektórych ważniejsze od uczuć są obietnice.

Simon Beckett bez wątpienia chciał skonstruować rasowy thriller psychologiczny. Taki, w którym osobowości są niejednoznaczne, analiza ich działań poprzedzona jest interesującym, niejednoznacznym wstępem, a do racjonalnego świata powoli, acz zdecydowanie wkrada się obłęd. „Zimne ognie” to jednak… bardziej powieść obyczajowa z elementami dreszczowca, które pojawiają się w końcowych partiach książki.

Mało tego, ewentualne zwroty akcji, których i tak jest niewiele (na dobrą sprawę – jeden), z powodzeniem da się odpowiednio wcześniej przewidzieć, zwłaszcza dla miłośników tego rodzaju literatury. Dla innych osób, czytelników szukających niezobowiązującej lektury, być może znajdą się momenty zaskoczenia. Nie da się jednak niestety powiedzieć o dziele Becketta, że jest to historia oryginalna. Brytyjski dziennikarz i pisarz po prostu ogrywa sprawdzone schematy.

Autor bestsellerowej „Chemii śmierci” umiejętnie aranżuje jednak niektóre z wymyślonych przez siebie scen. Sprawdzają się przede wszystkim momenty, w których główna bohaterka targana jest wątpliwościami, sprzecznymi emocjami. Co zrobić? Komu zaufać? Dokąd się udać? Co zaryzykować? Nie będę zdradzać, ani nawet sugerować odpowiedzi na te pytania. Byłoby to morderstwem na radości – przerwać nić tak delikatnej i oczywistej intrygi.

A jeśli szukać jeszcze walorów… No cóż, z pewnością sprawnie, całkiem realistycznie potraktowano społeczne osaczenie, rosnącą presję, która towarzyszy – ano właśnie, w tym przypadku, na początku pokrzywdzonej. Beckett mógłby z pierwotnego pomysłu uczynić misterną, niejednoznaczną opowieść, gdzie rola kata i ofiar byłaby naprzemienna, burząca schematy. Niestety, oprócz sugestywnego nastroju zbliżającego się niebezpieczeństwa, całość jest daleka od oryginalności.

„Zimne ognie” ma nieprzypadkowy tytuł. Powieść, którą poznaje się na chłodno, niejako bez emocji, a po całości zostaje się z poczuciem niedosytu. To letnia, bardzo niezobowiązująca rozrywka, atrakcyjna przede wszystkim dla osób bez doświadczenia w psychologicznych thrillerach. Warto jednak sprawdzić inne książki z dorobku Becketta, choćby wspomnianą wcześniej „Chemię śmierci”.

Media Rodzina
Poprzedni

Śnieżka musi umrzeć - pesymistyczny festiwal bezwzględności [recenzja]

silas corey testament zarkoff 2-2
Następny

Silas Corey #4 - Testament Zarkoff 2/2 - w stylu Jasona Bourne'a [recenzja]

Marcin Waincetel

Marcin Waincetel

Absolwent kulturoznawstwa i filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Redaktor portali Paradoks, Booklips i Poltergeist, publikował na łamach magazynu „Coś na progu” oraz Geezmo. Osobowościowo zbliżony ponoć do Johnny’ego Deppa, a także Edgara Allana Poe, zakochany w X Muzie oraz wszystkich możliwych przejawach popkultury.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz