KSIĄŻKI 

Znalezione nie kradzione

O książkach Kinga napisano już tak wiele, że tym razem postanowiliśmy o nich porozmawiać. Zamiast przedpremierowej recenzji “Znalezione nie kradzione”, Jakub Ćwiek i Łukasz Radecki ocenili książkę w formie dialogu.

 

Łukasz Radecki: Stephen King już wielokrotnie zaskakiwał czytelników, którzy postawili na nim krzyżyk, co zresztą wspomniałeś niedawno w swoim artykule. O ile jednak „Pan Mercedes” był dla mnie szokiem in plus, to „Znalezione nie kradzione” to już literatura, jakiej można się po nim spodziewać – poprawnie wybitna…

Jakub Ćwiek: Wiesz, ja miałem z „Panem Mercedesem” chyba problem za wysokich oczekiwań. Kampania, jaką wokół niego zrobiono, zapowiadała rewolucję. King dryfujący w stronę terytoriów już zajętych przez takiego choćby Cobena, na polu mrocznych, thrillerowatych kryminałów – to miał być przewrót i tego się spodziewałem. Wybitny początek jeszcze pobudził moje oczekiwania, a potem nagle… Nie wiem, przez większość czasu nie przekonywali mnie protagoniści, zagadki w zasadzie nie było żadnej, śledztwo trochę po łebkach, a antagonista taki… no mocno typowy dla Kinga, tak charakterem, jak i motywacją. Te same zagrywki, nerwowe wybuchy, rodzinne problemy. Nie poczułem tu tej zapowiadanej, przełomowej zmiany ani aneksji terytorium kolegów. I wtedy pojawiło się „Znalezione nie kradzione” które też rewolty nie przyniosło, ale za to pozwoliło Kingowi rozwinąć trochę skrzydła, bo jakby poczuł się pewniej. Zanim to jednak rozwinę – a zrobię to chętnie – powiedz mi, co Cię urzekło w „Panu Mercedesie”? Cóż znalazłeś takiego, czego ja nie?

ŁR: Prawdopodobnie było właśnie kompletnie odwrotnie niż u Ciebie – nie miałem za wysokich oczekiwań, wręcz nie miałem żadnych. Zawiodłem się „Doktorem Snem”, a „Joyland” i „Dallas 63” podobały mi się bardzo, bo właśnie prezentowały Kinga nieco odmiennego. I ja nie chciałem thrillera w stylu Cobena, tylko kryminału à la Bloch, MacDonald czy Stout. A więc nieśpiesznego, gdzie niby wszystko wiesz od początku, ale obserwujesz zabawę dzikiego łowcy i konającej ofiary, w której nagle budzi się chęć do życia i walki… Finał kingowski, ale emocjonujący, utrzymał mnie w niepewności do końca, tymczasem w „Znalezione…” nic z tego nie znalazłem… No i ja lubię, jak King opisuje zmęczonych życiem ludzi, którzy mają już wszystko za sobą…

JĆ: Ok, bo właśnie mnie zaskoczyłeś mocno. W sensie ja widzę wspomnianego MacDonalda w drugim tomie, a w pierwszym mi go zabrakło… Dobra, spróbuję pokazać, jak to odbieram:

W pierwszym tomie zauważam pomysł na to, o czym piszesz. Że wszystko wiemy, że to polowanie i nie „czy złapią” a „jak złapią” jest tu sednem. Widzę nawet to zmęczenie głównego bohatera… Tyle tylko, że King najlepiej się sprawdzał do tej pory, gdy może i bał się antagonisty, ale w jakiś sposób go rozumiał, gdy odkrywał z nim jakieś punkty wspólne. Tu tego, mam wrażenie, nie było. Tu tok myślenia antagonisty brzmiał mi obco, filozoficzne wywody i motywacje dla zbrodni sztucznie i jakby podręcznikowo. I przez to ta książka wydała mi się wtórna w stosunku do takiej chociażby „Bezsenności”. Też zmęczony bohater, też wielki zamach na końcu…Nawet zwroty akcji podobne i przez to przewidywalne. Szczerze, miałem wrażenie – i zdumiała mnie ta myśl – że King trochę się zląkł tego wejścia na nowe pole i zasłonił stałym asortymentem trików.

Drugi tom, w którym paradoksalnie najbardziej przeszkadzają mi bohaterowie z „Pana Mercedesa”, czyli w zasadzie to, co wiąże obie książki, widzę trochę jak wspomniany „Przylądek strachu”, tyle że osnuty wokół literatury. King nie lubi Morrisa, King boi się takich jak on, ale dzieli z nim miłość do literatury. I przez to w postaci Petera Saubersa (które to imię i nazwisko, mam wrażenie, nieprzypadkowo brzmi trochę jak Peter Straub) odnajduję właśnie trochę takiego młodego Kinga mierzącego się ze złym alterego. Spójrz, gdyby nie nasi bohaterowie z jedynki, to mamy taki miks „Historii Lisey” właśnie z „Przylądkiem strachu”…

ŁR: Zgadza się. I tu docieramy do sedna sprawy, że ja nie uważam „Znalezione nie kradzione” za książkę złą, wręcz przeciwnie. Uważam, że jest po prostu słabą kontynuacją „Pana Mercedesa”. Jak słusznie zauważyłeś, bohaterowie z „jedynki” niejako przeszkadzają całej akcji, która z kolei ma jeszcze kilka wspólnych punktów z innymi dziełami Kinga. Mamy wszak motywy więzienne, poznawanie świata literatury, więc nieprzypadkowo (choć na wyrost) wydawca wspomina o „Skazanych na Shawshank”, podczas gdy ja dorzuciłbym tu jeszcze odrobinę „Serca Atlantydów”. Gdyby pozbyć się Hodgesa i jego ekipy, byłoby znacznie ciekawiej i bardziej dramatycznie, chociaż – co również zauważyłeś – wciąż przewidywalnie. Wiadomo, że tu chodzi o „jak?” a nie „czy”?, ale King nie daje możliwości antagoniście. Poprzednik był szalony i przez to choć w założeniu nieprzewidywalny. Ten to psychol, który fanatycznie wielbi książki i morduje pisarza… Już „Misery” mówiło, że u tego autora nie ma szans!

JĆ: Tak, zdecydowanie podobieństwo do Annie „z Misery” jest tu, w „Znalezionym… ” większe niż z Andym ze „Skazanych…”. Z tym drugim łączą Morrisa prócz pobytu w więzieniu tylko specyficzne usługi świadczone współwięźniom (i nie mam tu na myśli tych, do których ich przymuszano). Ale też c’mon! Postać „Pana Mercedesa” też już mieliśmy, nawet na większą skalę. Weźmy „Martwą strefę”, gdzie szmergiel był podobny, a jeśli wierzyć wizjom Johnny’ego (a powinniśmy), to skutki działania kandydata Stillsona byłyby jeszcze gorsze. Więc i tacy nie mają u Kinga za dobrze. No ale to szczegóły, bo jak widzę, w sednie sprawy się nie pokłócimy. Cholera, szkoda trochę, ale skoro nie, to podręczmy temat „Znalezione…” jako „dobra książka, ale…”. Bo ja też nie patrzę na nią bezkrytycznie. W ogóle uważam, że powinien ją napisać, jako zupełnie inną powieść, nie z cyklu… Richard Bachman. King już go czasem jakby trochę ni to wskrzeszał, ni to uwspółcześniał. I tu by ten kingowski Pan Hyde, ze swoim podejściem i stylem, pasował jak ulał.

ŁR: Heh, też właśnie pomyślałem o „Martwej strefie”… Czyli w zasadzie wszystko już było i „Znalezione nie kradzione” to taka bezpieczna w gruncie rzeczy powieść na zasadzie: wiem, że to znacie, ale posłuchajcie i bawcie się dobrze. Bo chyba żaden z nas nie podejrzewa Kinga o próby intertekstualnych rozliczeń ze swoją twórczością… Chociaż z drugiej strony, może przez postać genialnego pisarza Rothsteina i jego bohatera Jimmy’ego Golda chce takim wymądrzającym się gościom jak my pokazać – „co Wy wiecie o literaturze?”, że twórca ma prawo prowadzić swój cykl i swoje postacie po swojemu, bo to część większego PLANU, który niby sugeruje lekko zakończenie tomu drugiego. Nie zmienia to jednak faktu, że mam nieodparte wrażenie, że King napisał jedną książkę, a potem pomyślał, że to kryminał, więc dorzucił do tego wątki z Hodgesem i złączył w jedną, dobrą, ale tylko dobrą powieść.

JĆ: Kiedy to, cholera, nawet nie do końca jestem pewien, czy to kryminał. Trochę jakby nadużywamy tego terminu (nie my dwaj, powszechnie), a ja jednak rozumiem go trochę bardziej klasycznie i tu widzę raczej thriller. No ale to kwestie gatunkowe.

Doszliśmy więc – mniej lub bardziej zgodnie – do tego, że obie książki, mimo zapowiedzianej rewolucji, są w zasadzie powtórką z Kinga. Obie są takimi „książkami pisanymi na automacie”, gdzie King ogrywa stare triki, jak zawsze dobrze, ale już niekoniecznie wybitnie, jak mu się mnóstwo razy zdarzało.

Zgadzamy się też w kwestii tego, że Hodges i reszta są w „Znalezione…” w zasadzie zbędni, dobra redakcja, gdyby chciała, wycięłaby ich bez szkody dla fabuły, czego w „Panu Mercedesie” zrobić się nie da. Ale to jak dla mnie też przemawia bardziej za tomem drugim, bo te postaci (cała trójka) są po prostu słabo wymyślone.

ŁR: Ano widzisz, mnie się Hodges w „Panu Mercedesie” podobał, z tą swoją depresją, nadwagą i odnalezieniem nowego sensu w życiu (nie tylko romansu). Tutaj jest tak niewyraźny, że równie dobrze mógłby to być dowolny everyman, bo i jakoś zawiązanie akcji finałowej nie jest szczególnie spektakularne i nasz wielki (wagowo) detektyw w zasadzie raczej wpada na rozwiązanie niż cierpliwie do niego dochodzi. Dlatego, mimo wszystko, upieram się, że „Znalezione nie kradzione” są szyte nieco grubszymi nićmi niż poprzednik. I znów masz rację – to nie kryminał.

JĆ: Ale on taki gruby i zdesperowany jest tylko na początku. Potem bach, bach, ten romans, gdzie wiemy, że się musi źle skończyć – dostajemy tego zapowiedź w kingowskim stylu ze dwa razy przed samą sceną – i już mamy po tym całym mrocznym, noirowym detektywie, by nie odzyskać go już do końca. Jerome jest z kolei chodzącym ideałem, jakby już samo nawiązanie do młodocianego asystenta Matthew Scuddera z powieści Lawrence’a Blocka (wybacz, nie pamiętam imienia) nie było wystarczające. O Holly już nie wspominam w ogóle, bo nie kupuję tej postaci i jej przemian. Za szybko, za gwałtownie i za dużo na dobrą wiarę czytelnika. Owszem, w drugim tomie jest z nimi jeszcze gorzej, ale to dlatego, że tam fundament nie związał.

ŁR: Faktycznie, Jerome przypomina TJ-a, nie zwróciłem na to uwagi. Jak się nad tym zacząć zastanawiać, to cały „Mercedes” jest w pierwszej połowie kliszą noirową, a w drugiej typowym thrillerem, ale czym w takim razie jest „Znalezione nie kradzione”? Jak oceniłbyś ten tytuł?

JĆ: W tej postaci, w jakiej go dostaliśmy, jest mi trudno. W sensie, jak mówię, widzę tu odnośniki i do Blocka i do Westlake’a (czy też bardziej jego alterego czyli Starka), ale one się rozmywają, są jakby rozpuszczone w klasycznym Kingu. Dlatego pisałem o tym, że tę książkę powinien napisać Bachman, oszczędniejszy w słowach, brutalniejszy i mroczniejszy. U niego nie byłoby miejsca na Kermita i ekipę, a konstrukcja bliższa byłaby właśnie „Przylądkowi strachu” (Max Cady też siedział za gwałt, nie?) albo powieściom z Parkerem. Tylko takim, któremu nie wyszło i jednak zaliczył długą odsiadkę. Złodziej walczący z innymi złodziejami o to, co skradzione, więc jego.

To co dostaliśmy i co czytaliśmy to „typowy King” ale tak jak zwykle brzmiały w nim echa dawnych filmów, tak teraz dostajemy echa lektur. Wszelakich zresztą, bo przecież z jednej strony oczywista analogi Rothstein Salinger, a z drugiej te właśnie pulpowe skojarzenia.

I choć narzekam na ten automat, to jednak w tym przypadku witam te koleiny jednak z radością, bo uważam, że „eksperyment kryminał” się Kingowi niespecjalnie udał. I mam wrażenie, że trochę się z tym zorientował.

ŁR: Ja pójdę dalej, sądzę, że zakończenie wręcz jasno mówi, że King zamierza w trzecim tomie skierować całość na drogę (żeby nie powiedzieć za dużo) horroru. Może nadinterpretuję, ale pojawia się tu znamienna klisza z początku jego kariery. Koło się zamyka?

JĆ: Jeżeli tak, to z jednej strony niby fajnie, bo jak mówię, mam ten eksperyment za średnio udany, ale z drugiej, kurczę, nie chcę widzieć Kinga grającego zachowawczo. Ja chcę go wkurzonego, chcę,by nosiły go emocje, by się wściekł i z tą wściekłością zbudował mi scenę,jaką jest otwarcie „Pana Mercedesa”. Ta cała masakra i wszystko co przed nią. Nie ma znaczenia, w jakim gatunku King pisze. Ale niech się wkurzy. Bo teraz jest trochę jak ten obecny, potulny Hodges.

ŁR: Wspaniałe określenie! Dokładnie taka jest ta powieść – potulna! W momentach, w których wydawałoby się, że King schwyci czytelnika za gardło, następuje złagodzenie, albo po prostu przemilczenie tematu. Absolutnym mistrzostwem jest tu scena gwałtu, która zostaje opisana przez adwokata (posłużę się cytatem): włożył pan „swojego Johnsa Hopkinsa w jej Sarah Lawrence”. Nie chodzi o to, że odczuwam potrzebę czytania dokładnych opisów scen, jakie King serwował choćby w „Po zachodzie słońca”, ale jest to dowód na to, że więcej jak 70% tej książce dać nie mogę.

JĆ: Chciałem teraz napisać, że tu, w tym tomie ta potulność dałaby się jeszcze wytłumaczyć, że narracja, że nawiązania literackie. Ale nie, nie chcę Kinga usprawiedliwiać, za bardzo go szanuję. Dlatego w sumie zamiast roztrząsać jakość tych tomów, raz jeszcze wyrażę nadzieję, że część trzecią zrodzi kingowa wściekłość. Że nawet jeśli – powtórzę to po raz trzeci, bo jak pisał Lewis Carroll, prawdą jest to, co powtórzone po trzykroć – to nie Bachman go napisze, to przynajmniej Kingowi podpowie… I 70% to uczciwa ocena, myślę. Różnica między nami polega na tym, że u mnie to 70% to jednak niewielka, ale tendencja zwyżkowa. Ale, myślę, obaj równie mocno ściskamy kciuki za tom trzeci i to, że Król przejdzie z automatu na manual?

ŁR: To trzymajmy kciuki, żeby wrócił – czy sam King, czy Bachman, byleby poszło do przodu.

Egmont
Poprzedni

Smerf Reporter [recenzja]

Bukowy Las
Następny

Wszystkiego, co ważne, dowiedziałem się od Monty Pythona

REDAKCJA

REDAKCJA

Brak komentarzy

Dodaj komentarz