Muzyka 

1989 – czyli Taylor Swift naga i piękna [recenzja]

O tym, że Ryan Adams ma niezwykły słuch do cudzych piosenek nikt nie musiał mnie przekonywać. Od czasu wydania przez niego przeróbki „Brown Sugar” Rolling Stonesów wyglądam każdego coveru jaki nagrywa. Potrafi on bowiem wydobywać z obcych kompozycji rzeczy, których istnienia w nich nawet nie podejrzewaliśmy. Jak nie wierzycie to w tej chwili wyszukajcie jego wersji „Wonderwall” Oasis…

Ponad miesiąc temu Adams ogłosił, że nagrywa na nowo cały album Taylor Swift „1989”. Z miejsca oczywiście posypały się złośliwe komentarze. Swift to dziś jedna z największych gwiazd muzyki pop w USA, sięgnięcie przez Adamsa po jej przebojowy album „1989” określono z miejsca skokiem na kasę i próbą przypodobania się nowej publiczności. Będąc szczerym – też odrobinę kręciłem nosem. Nie przez to, że w talent Adamsa nie wierzę. Po prostu to zestawienie młodociana gwiazdka kontra jeden z najlepszych współczesnych pieśniarzy jakoś mi nie grało. Do czasu, aż odpaliłem wydany właśnie „1989”.

Przed słuchaniem radzę państwu jedno – odpalcie płytę Swift. Przypomnijcie sobie jej plastikowe, sztuczne brzmienie. A teraz wsłuchajcie się w „Welcome to New York” w wersji Adamsa… Jest różnica prawda? Otóż były lider Whiskeytown rozłożył piosenkę Swift na części pierwsze, a potem poskładał ją… wyrzucając wszystko co zaburzało prostą ale chwytliwą linię melodyczną. W efekcie „Welcome to New York” Adamsa brzmi jak hymn dla miasta, który gdzieś w roku 1979 napisał Bruce Springsteen, a potem zapomniał nagrać.

Dla porównania Taylor Swift:

i wersja Ryana Adamsa:

Dalej jest tylko lepiej. Wielki hit „Bad Blood” w wersji Adamsa pozbawiony jest rapowanek Kendricka Lamara i nachalnych bitów, jest za to świetną, porywającą akustyczną balladą. „Blank Space” które w oryginale było nieznośnie przeładowane elektroniką, tu brzmi jak rasowa miłosna pieśń country. Absolutne mistrzostwo zaś osiągnął Adams przerabiając „Out of The Woods” – po prostu ta piosenka teraz brzmi tak, że ciarki przechodzą. Najlepsza miłosna ballada 2015 roku? W tym wydaniu jedna z trzech na sto procent.

Kto zresztą wie czy „1989” nie okaże się jedną z najważniejszych płyt 2015 roku. Tak, wiem to tylko przeróbki hitów. Ale tu chodzi o to jak one są zrobione. Adams bowiem rozbierając z nachalnej elektroniki i studyjnych zabaw utwory Swift pokazał światu jak dzisiejszy pop morduje doskonałe linie melodyczne i piosenki. Jest zatem „1989” dowodem na to, że nie z piosenkami mamy dziś problem, a tym że wszystkie one po zabiegach upiększających brzmią obrzydliwie płasko i nijako. I tylko szkoda, że świata tą płytą Adams nie zmieni. Ale przynajmniej dzięki niej będę od dziś inaczej patrzył na Taylor Swift.

Monolith Films
Poprzedni

Sicario - Czas Bohaterów Minął [recenzja]

Axis History
Następny

Wzruszony Adolf Hitler, czyli ulubione filmy dyktatorów

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

1 Comment

  1. Anonim
    2015-09-27 at 20:17 — Odpowiedz

    A czy autor słyszał Speak Now i Red? Warto przypomnieć, że Taylor też kiedyś nagrywała „ładne piosenki”. I zresztą nagrywa dalej, po prostu niektórych zbytnio odrzuca forma

Dodaj komentarz