Muzyka 

A Head Full of Dreams – muzyka do windy [recenzja]

Siódmy album Coldplay to faktycznie płyta żwawa i energiczna. Ale nie zmienia to faktu, że wciąż to co gra zespół Chrisa Martina brzmi jak muzyka do windy.

 

Jedna rzecz w kontekście nowej płyty Coldplay ucieszyła mnie niebywale. Była to informacja rozpowszechniana przez samego Chrisa Martina, jakoby to miał być „final” album grupy. Znaczy, koniec Coldplay! Hurra! A potem okazało się, że to tylko taki chwyt marketingowy, a final nie znaczy ostatni, a coś tam innego. Niestety. Jak łatwo się domyślić – nigdy nie należałem do zbytnich entuzjastów Martina i jego zespołu. Rozumiem fenomen, podziwiam status, ale Coldplay jakoś nigdy nie był w stanie wyciągnąć mojej uwagi na tyle długo, aby dotrwać do końca płyty.

„A Head Full of Dreams” nie jest odstępstwem od tej tradycji. Po teoretycznie mrocznym krążku „Ghost Stories”, na którym Martin prał demony po rozwodzie z Gwyneth Paltrow (swoją drogą to niesamowite, że ta para się rozstała – on egzaltowany nudziarz, ona egzaltowana nudziara, powinni dożyć wspólnie później starości), tu miało być radośnie i ćwierkająco. I teoretycznie jest. W otwierającym płytę utworze tytułowym jest tyle radości, że człowiek oszaleć może ze szczęścia. W sensie naprawdę – Martin i ekipa próbują tu nas bawić. Jest taneczny beat, jest niemal radosny głos i zwiewna melodia. Ale nic nie pocznę na to, że piosenka brzmi dla mnie jak potańcówka w prosektorium, albo jak Bono, który próbuje się szczerze śmiać. Skojarzenie z U2 nie jest przypadkowe. Coldplay coraz mocniej szybuje brzmieniowo i wokalnie w stronę zespołu Bono. Równie tanecznie jest w „Birds” i tu znów kłania się śmiejący się Bono… Potem mamy duet z Beyonce, który mógłby być duetem z kimkolwiek…

Dobra, nie będę się już znęcał. Nie potrafię polubić Coldplay i już. I nie chodzi o uprzedzenia, niechęć itp. Po prostu nie rozumiem, na czym ma polegać fenomen ich kompozycji, kiedy cała płyta zlewa mi się w całość i nic w głowie nie zostaje. Pewnie, że „A Head…” wyprodukowane jest świetnie. Faktycznie – to o wiele żywsza i energiczniejsza płyta od poprzedniczek.  Ale dla mnie to wciąż muzyka do windy. Nieinwazyjna, przyjazna otoczeniu, pozbawiona grama oryginalności. Ale kto wie – może to jest przepis na sukces…

Słaba płeć? dystr. Monolith Films
Poprzedni

Michael Coulter: Słaba płeć? niech będzie przygodą [wywiad]

Monolith Films
Następny

Lawrence Bender: Tarantino się nie odmawia [wywiad]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

1 Comment

  1. Anonim
    2015-12-11 at 18:50 — Odpowiedz

    Jak można dać do recenzowania komuś coś, czego ten ktoś zdecydowanie nie lubi. Nie ma w tym logiki, a w recenzji nie ma obiektywizmu, żenada.

Dodaj komentarz