Muzyka 

A Umbra Omega

Wtem ultrakonserwatywny i hermetyczny świat black metalowych wojowników z lasu zaczął być jednym z bardziej kreatywnych odłamów muzyki ekstremalnej. Dodheimsgard wyrzucił wszystkie schematy do kosza i nagrał album, który poruszy nawet najbardziej brodatego hipstera.

 Trochę, żartuję, a trochę nie żartuję. Bo gdybym miał przez chwilę wcielić się w rolę pracownika branży reklamowej i określić grupę docelową dla tego produktu to pewnie byliby to fani ciężkich brzmień, ale tacy, którzy lubią zarzucić acid jazz, słuchają Pink Floyd z winyli cenią bardziej abstrakcyjne dokonania Béli Bartóka. W sumie ze dwanaście osób w Polsce. Jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że ten album „z marszu” nie podejdzie nikomu, ale można go oswoić i zrozumieć. I sądzę, że warto wykonać tę pracę, bo pod jednolitą powierzchnią eksperymentalnego dźwiękowego chaosu czai się niezwykle świeży, odważny i często po prostu piękny kawał muzyki.

A Umbra Omega trwa prawie 70 minut i przesłuchanie ich w całości to jednocześnie ogromne wyzwanie, ale także jedyny słuszny sposób odbioru tego albumu. Podział na (kilkunastominutowe) utwory jest tu jedynie zabiegiem formalnym. Dzieje się tu tak wiele, tempa, aranżacje i nastroje zmieniają się tak często, że gratuluję osobie, która będzie w stanie przy pierwszym przesłuchaniu wskazać momenty, w których kończy się jeden utwór, a zaczyna następny. Gdy DHG gra szybko jest brutalnie szybko – z nawałnicą gitar, growlem i perkusją przypominającą karabin maszynowy – gdy zwalnia pojawiają się delikatne klawisze, nucone melodie, saksofon i gitara akustyczna. Większość czasu spędza jednak w średnich tempach, w których połamane aranżacje gitarowe i ambientowe plamy dźwięku stają się tłem dla wykrzyczanej, wyrecytowanej i wyśpiewanej opowieści o końcu świata.

I to wszystko działa! Nie wiem jak, ale pomimo tego kompozycyjnego ADHD, które nigdy nie pozwala nam nacieszyć się zbyt długo jednym riffem czy doczekać refrenu, ani przez chwilę nie ma wrażenia, że panowie z Dødheimsgard po prostu weszli do studia,zarejestrowali absolutnie każdy dźwięk, po czym stwierdzili „gotowe”. Jest taki moment około siódmej minuty utworu „AphelionVoid” gdzie typowa metalowa rzeź nagle zmienia się w przejmujący industrialny motyw, na który nałożone zostają kolejne warstwy dźwięku, każda ponownie zagęszczająca atmosferę, pojawia się obłąkany wokal… a potem nagle wchodzi luzacka gitarka solowa na pogłosie, akustyk i nucenie melodii, która mógłby spokojnie znaleźć się na ścieżce dźwiękowej do „Króla Lwa”. Ale to wszystko płynie zbyt naturalnie, zbyt logicznie z siebie wynika, by zarzucić DHG utratę kreatywnej kontroli i uznać to, co tu zaszło za czysty przypadek.W tym szaleństwie jest metoda.

Jeśli miałbym już do czegoś się przyczepić to pewnie byłby to wokal pana Yusafa Pereza, który oczywiście wywodząc się ze starej szkoły norweskiego napierania dysponuje potężnym wrzaskiem, ale przez większość czasu brzmi jak zawodzący uliczny ewangelista głoszący rychłe nadejście czasów ostatecznych. Ścieżki wokalne są przyprawione efektami, lub zostały ponakładane na siebie, by spotęgować wrażenie ciężkiej schizofrenii. Śpiewu jest niewiele, częściej to sprechgesang, najbardziej przypominający dokonania Mr.Doctora z DevilDoll. Są momenty, w których ta stylistyka sprawdza się świetnie, ale wyobrażam sobie, że dla wielu osób będzie aspektem przekreślającym i tak już trudny w odbiorze album. Warstwa tekstowa A Umbra Omega również tkwi w głębokiej abstrakcji, choć jak na zespół, który już dawno zmył corpsepaint z twarzy i odsunął się ideologicznie od ponurych chłopców z zapałkami, wciąż wiele tekstów traktuje o mroku, cierpieniu i bezsensie egzystencji. No i jest też szatan.

Najlepsze zostawiłem sobie na koniec. Okładka. Czarna ziemia zaorana po horyzont i te dwuwymiarowe, kolorowe góry, niczym monolit Kubricka, spoglądające z oddali na nieudany eksperyment jakim była ludzkość. Moim zdaniem idealnie oddaje obcą, jednocześnie przestrzenną i klaustrofobiczną naturę albumu. No i wygląda trochę jak Dark Side of the Moon Floydów, a to zawsze plus.

Płyt takie jak ta nie sposób ocenić, więc nawet nie będę próbował. Każdy znajdzie tu coś innego, wszyscy, którzy poświęcą A Umbra Omega swoją uwagę będą odkrywać ją przy kolejnych przesłuchaniach na nowo. Krytycy wystawią nowemu dziecku DHG jedynki i dziesiątki, w dyskusjach o albumie często pojawi się słowo „mindfuck”, ale moim zdaniem to zbyt dobrze przemyślana, złożona i poruszająca płyta, by uznać ją za kolejny nieudany eksperyment, który warto sprawdzić jedynie dlatego, że nieźle ryje beret, a później o niej zapomnieć. Szacunek za odwagę. Tak powinna brzmieć muzyka.

Egmont
Poprzedni

Batman: Ziemia Jeden [recenzja] [komiks]

UIP
Następny

Jurassic World [film]

Rafał Cichowski

Rafał Cichowski

Rafał Cichowski – dziennikarz, copywriter, tłumacz i pisarz. Absolwent Wydziału Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Pochodzi z Kutna, obecnie mieszka w Warszawie, gdzie pracuje w dziale kreacji jednej ze stołecznych agencji reklamowych. Twórca kampanii, spotów i haseł dla wielu rozpoznawalnych marek w Polsce i za granicą. W 2015 roku zadebiutował powieścią „2049” (Novae Res). Amator trudnych gier, amerykańskiej prozy i starych, niemieckich aut.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz