Muzyka 

Bez grawitacji – Gitarowy powrót do lat 80. [recenzja]

W popkulturze rok 2015 upłynął w dużej mierze pod znakiem sentymentalnego powrotu do stylistyki lat 80. Tęsknota za graniem z tej barwnej dekady przyczyniła się też pewnie do reedycji pierwszej solowej płyty gitarzysty Perfectu Ryszarda Sygitowicza, która w 30-tą rocznicę pierwszego wydania nareszcie pojawiła się u nas na srebrnym krążku.

Za muzykę z tej płyty Sygitowicz otrzymał podziękowania z Watykanu (jeden z utworów, króciutki „Opus 1983”, upamiętniał wizytę papieża Jana Pawła II w Polsce), udało mu się za jej sprawą wyprowadzić w pole samego Wojciecha Manna (kiedy usłyszał w radiu jedną z kompozycji, był podobno przekonany, że jej autorem jest jakiś amerykański wirtuoz gitary, np. Jeff Beck), a recenzenci i w kraju, i zagranicą rozpływali się w zachwycie nad umiejętnościami i zmysłem kompozytorskim gitarzysty. Świetnie więc, że firma GAD Records zdecydowała się przypomnieć nam jak znakomity materiał trafił na ten krążek, uzupełniając go jeszcze o cztery kompozycje, które nie zmieściły się na pierwotnej edycji i – tradycyjnie już – przedstawiając historię powstawania tej muzyki w kilkunastostronicowej książeczce (zarówno w języku polskim, jak i angielskim). Trzeba jednak od razu zaznaczyć, że nie jest to wyłącznie płyta dla niepoprawnych sentymentalistów czy oddanych fanów Sygitowicza: to po prostu jedna z najlepszych gitarowych płyt, jakie u nas wydano – rzecz, której naprawdę wstyd nie znać jeśli interesuje Was tego rodzaju granie.

Nawet jeśli dzięki elektronicznym dodatkom czuć, że jest to produkt lat 80., to wciąż słucha się tych numerów znakomicie.

Materiał zamieszczony na „Bez grawitacji” powstał podczas czterech sesji, które odbyły się w studiu Polskiego Radia w latach 1983-84. Z jednej strony, oznaczało to, że Sygitowicz i jego muzycy sesyjni nagrywali wszystko na większym luzie, po parę kawałków za każdym podejściem, nie martwiąc się przy tym, by cokolwiek dogrywać na siłę bo „musi być z tego płyta” (dopiero po zakończeniu ostatniej sesji padła propozycja, aby zebrać nagrane utwory na jednym krążku). Z drugiej strony – i jest to w zasadzie jedyny zarzut względem albumu – osłabiło to trochę spójność materiału ponieważ w różnych kompozycjach partie perkusji powierzono różnym muzykom (Wojciechowi Morawskiemu z Perfectu oraz bratu gitarzysty – Dariuszowi Sygitowiczowi), a w kilku ostatnich utworach wykorzystano nawet perkusję elektroniczną. Ten ostatni pomysł dodaje dziś co prawda albumowi „ejtisowego” posmaku, ale jednak nie do końca przegryza się z naturalnym, pełnym uczucia graniem Sygitowicza i basisty Arkadiusza Żaka.

Na szczęście wszystkie kompozycje, które wybrano z materiału powstałego w Polskim Radiu były tak mocne, że nie potrafiły ich popsuć nawet elektroniczne eksperymenty Sygitowicza. Największą sławę zyskał trzyminutowy, przesycony latynoską atmosferą utwór „Cavalcado”, ale przecież absolutnie w niczym nie ustępuje mu otwierający całość i bardzo podobny duchem „Opóźniony do Bostonu” (i w jednym, i w drugim słychać inspiracje twórczością Ala di Meoli), a w pozostałych siedmiu numerach gitarzysta z powodzeniem sprawdza się w szeregu całkowicie odmiennych klimatów. Mamy tu więc rozleniwiony (w końcu tytuł zobowiązuje) utwór „Na kacu”, zwiewne, balladowe „Niespełnienie” oraz natchniony „Opus 1983”, ale także pobrzmiewającego „afrykańsko” „Jamalla (Wielbłąda)”, swojskiego, wesołego „Przybłędę” czy pełną iście jazzowego rozmachu, ośmiominutową kompozycję tytułową ze wspaniałą saksofonową solówką Zbigniewa Namysłowskiego. Spośród czterech utworów dodanych do reedycji najlepiej wypadają natomiast nastrojowe „Gwiezdne łąki” (gdzie ponownie słyszymy saksofon Namysłowskiego) i niemalże transowy „Czarny matecznik”. Pełne energii kompozycje „Odrzucony narzeczony” oraz „Wesoły klucznik” też oczywiście nie wypadają źle i nie można im odmówić chwytliwości, ale w porównaniu z resztą materiału sprawiają wrażenie dokonań o nieco mniejszej sile rażenia.

Jeśli więc chcecie przekonać się, że niektórych polskich muzyków już w latach 80. stać było na nagranie instrumentalnego albumu na światowym poziomie, nie powinniście sobie „Bez grawitacji” odmawiać. Nawet jeśli dzięki elektronicznym dodatkom czuć, że jest to produkt tej a nie innej dekady, to wciąż słucha się tych numerów znakomicie.

the ridiculous 6 recenzja
Poprzedni

The Ridiculous 6 - Adam Sandler bawi się w western [recenzja]

SQN
Następny

Silver. Powrót na Wyspę Skarbów - słowo dotrzymane [recenzja]

Bartek Paszylk

Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″.

Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz