Muzyka 

Brave Enough – wszystko za co kochamy Lindsey Stirling [recenzja]

Amerykanka to bez dwóch zdań fenomen światowego rynku muzycznego. Kiedy sześć lat temu pojawiła się w amerykańskiej edycji „Mam talent”, mało kto (włącznie z jurorami) sądził, że jej muzyka ma szansę stać się czymś więcej niż tylko ciekawostką. Co się działo później, wszyscy wiemy. Oszałamiająca popularność „Crystallize”, rosnąca w niesamowitym tempie baza fanów. Dziś to już ponad miliard odsłon wideo w serwisie Youtube i trzy studyjne albumy, włącznie z wydanym dwa dni temu, „Brave Enough”.
Na „Brave Enough” Lindsey zaprzęgła do współpracy utalentowanych artystów, których wokale doskonale komponują się, ale nigdy nie dominują nad muzycznym podkładem.

Stirling redefiniowała znaczenie skrzypiec w muzyce popularnej jeszcze bardziej niż swego czasu zrobiła to Vanessa Mae – dobitnie pokazując wielkim wytwórniom, że nadeszły czasy, w których o popularności muzyki słuchacze decydują bardziej niż kiedykolwiek. Połączenie brzmienia klasycznego instrumentu z elektroniczną intensywnością dubstepu okazało się strzałem w dziesiątkę, a aktywny udział artystki w mediach społecznościowych (jak choćby jej drugi kanał na Youtube, „Lindsey time”) i co by nie mówić – autentyczność, zaskarbiły jej miliony miłośników na całym świecie.

„Brave Enough” jest w prostej linii kontynuacją muzycznej podróży Stirling – w pewnych momentach podobną do poprzednich dokonań skrzypaczki, w całkowitym rozrachunku stanowiąca jednak wyraźnie odrębną całość.  I tak jak otwierający album „Lost Girls” czy singlowa „The Arena” w pewnym sensie stanowią ukłon dla utworów pokroju „Master of Tides”, reszta kompozycji to już zupełnie nowa jakość. Widać, że Amerykanka nie boi się sięgać po inspiracje z różnych muzycznych światów i co ważniejsze, wychodzi z tego z tarczą.

Nie sposób nie zauważyć, że samo wykorzystanie elektroniki na „Brave Enough” względem poprzednich longplayów zauważalnie wzrosło, a ogólny kierunek albumu zdaje się bardziej zwracać w stronę muzyki popularnej – dubstep jest tu bardziej agresywny niż choćby na „Shatter Me”, co ewidentnie widać w takim choćby „The Phoenix”, czy „Prism”. Również utworów z wokalem jest więcej – ba, na płycie znajdziemy nawet świetną kompozycję hip hopową (co wbrew pozorom nie powinno dziwić  i de facto stoi w zgodzie z tym, jak z początku klasyfikowała swoją muzykę artystka). Dla wszystkich którzy mają wątpliwości, czy w całym tym urodzaju nie ginie sama Stirling, bez obaw – Lindsey zaprzęgła do współpracy utalentowanych artystów pokroju Christiny Perri, których wokale doskonale komponują się, ale nigdy nie dominują nad muzycznym podkładem.

Muzyka Stirling ma tę właściwość, że każda z piosenek opowiada własną, unikatową historię. Poprzednie albumy Amerykanki stanowiły swego rodzaju studium radzenia sobie z własną odmiennością, słabościami i niejako znajdowaniem siły by lęk przekuć w odwagę. Na „Brave Enough” również nie brak momentów nostalgii i zadumy, a prawdziwe epicentrum emocji – co całkiem zrozumiałe – następuje przy utworze „Gavi’s Song”, jednak całość w zgodzie z tytułem, jest utrzymana w zdecydowanie bardziej pozytywnym tonie. Jeśli więc poprzednie albumy skrzypaczki przyrównać do mozolnej drogi w górę, tak najnowsza płyta – mimo niewątpliwie trudnego okresu jaki ma za sobą artystka – stanowi już zachwyt nad pięknem świata obserwowanego z samego  szczytu.

Lindsey Stirling znów to zrobiła – dała nam album, który dobitnie ukazuje nam uniwersalność muzyki jako takiej – na którym każdy znajdzie coś dla siebie, a przy tym stanowiący świeżą, spójną całość. Świetna rzecz.

Egmont
Poprzedni

Y - ostatni z mężczyzn tom 2 - Ciągle w drodze [recenzja]

Amazon
Następny

Jean-Claude Van Johnson 01x01- weteran w formie [recenzja]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz