Muzyka 

Clashes – Brodka jakich wiele [recenzja]

 

Monika Brodka kazała na swój nowy album czekać sześć lat. „Clashes” miało być polskim albumem na światową skalę. I co? I nico.

 

Sześć lat przerwy dla artystki, która wciąż jest na dorobku to spora przerwa. I jakoś nie przemawia do mnie tłumaczenie wokalistki, że zrobiła sobie przerwę, żeby nikt na jej album nie czekał. Może to i droga wygodna, bo komfort nagrywania (w ogóle tworzenia) poza presją jest o wiele większy, ale nie wiem czy słuszna. Brodka nie jest jeszcze ikoną muzyki, a przez ostatnie sześć lat na rodzimym rynku zaszło sporo zmian, a pop z tworu muzykopodobnego urosł w potęgę. Dawid Podsiadło, Julia Marcell, Sorry Boys, Kortez, Sarsa, Mela Koteluk… Masa artystów udowodniła, że muzyka rozrywkowa nie musi być prostą sieczką i można w Polsce twórczo inspirować się zagranicznymi trendami, tworząc przy tym muzykę i inteligentną, i skierowaną do mas.

Brodka ostatnie sześć lat przespała. I niestety słuchając jej nowy album to słychać. Żeby nie było – „Clashes” to ładna, zgrabna popowa płyta. Tyle, że jak dla mnie brzmi jak płyta nagrana przez automat do produkowania światowo brzmiących piosenek. Ale po kolei.

Mówili znajomi, ostrzegali – daj tej płycie czas. To dałem. Najpierw wysłuchałem „Trójkowej” audycji Metza. Wybrzmiała. Zrobiła dobre wrażenie, bo brzmi zawodowo i na poziomie. Co prawda po audycji w głowie został mi tylko jeden kawałek – „My Name is Youth”, ale pomyślałem, że to pierwszy raz, w dodatku radio. Trzeba na spokojnie wrzucić na słuchawki i ruszyć na spacer. I tydzień później tak zrobiłem. Kilka godzin spędzonych z Brodką na uszach, to było miłe kilka godzin. Problem polega na tym, że po nich znów pamiętam tylko jedną piosenkę – „My Name is Youth”.

Nie uwiodły mnie singlowe „Horses” czy „Santa Muerte”. Nie zaczarował „Funeral”. To dobre piosenki – „Funeral” chyba najlepszy, ale problem polega z nimi na tym, że bezustannie mylą mi się z kimś innym. Po wysłuchaniu „Clashes” zresztą niemal natychmiast sięgnąłem po ostatnią płytę Julie Holter. Jej wciąż słucham z o wiele większym zaangażowaniem i pamiętam piosenki.

Mój problem z „Clashes” polega na tym, że za diabła nie czuję w nim stylistyki Brodki i powoli dochodzę do przekonania, że ona takowej nie posiada. A jeśli posiadała – naleciałości lokalnej, góralszczyzna, pomieszane ze współczesnością – to właśnie z niej zrezygnowała na korzyść światowej kariery. Z charakternej nieopierzonej, dziewczyny stała się kolejną wokalistką, która udowadnia, że potrafi słuchać, czuje trendy w muzyce i potrafi je podrobić. Brzmieć jak kolejna światowa indie wokalistka, jakich pełno. Tyle że aby to osiągnąć wcale nie musiała oddawać płyty w ręce amerykańskiego producenta, podróżować po świecie i zdobywać życiowe doświadczenia. Tego tu po prostu nie słychać.  Tu słuchać dobry pop. Ani oryginalny, ani przełomowy. Po prostu kolejny poprawny album popowy. W Polsce były ostatnio lepsze. Na świecie też. Jeśli Brodka chce podbić świat swoją muzyką, musi w końcu ją wymyślić. Bo póki, co słuchając „Clashes” miałem deja vu. Przypomniało mi się mianowicie zamieszanie, jakie próbowano wywołać dookoła anglojęzycznej premiery płyty „Korova Milky Bar” zespołu Myslovitz. W Polsce media szalały, pisano o podboju Wielkiej Brytanii, ale w Londynie pies z kulawą nogą nie zwrócił uwagi na Polaków grających brit pop.

Pewnie, że czasy się zmieniły, że globalizacja postępuje, a gwiazdą można dziś zostać w zasadzie przez przypadek. Nie zmienia to jednak faktu, że najpopularniejsze światowe wokalistki czymś się wyróżniają, a „Clashes” niestety nie. Powtórzę raz jeszcze – dobra popowa płyta. Jedna z wielu dobrych popowych płyt. A dlaczego pamiętam z niej tylko „My Name is Youth”? Bo to jedyna piosenka na całym krążku, która jest jakaś. Gówniarska i waląca w głowę swoją radosną bezczelnością. Szkoda że tylko ona.

Salvador Sanz DB
Poprzedni

Salvador Sanz - groza, makabra i science fiction [galeria NSFW]

Thunderbolts
Następny

Thunderbolts #1: Bez pardonu - Bez ikry [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

3 Comments

  1. Domo
    2016-05-20 at 18:26 — Odpowiedz

    Płyta jest genialna.

    • Anonim
      2016-05-21 at 21:32 — Odpowiedz

      Ale się facet czepia .Skoro nie zapamiętał więcej utworów ,to ma słabą pamięć.Powinien zmienić zawód,

  2. ryracz
    2016-08-29 at 22:13 — Odpowiedz

    Aż mi przykro … bo w pełni się zgadzam z recenzentem i też jeden i tylko jeden kawałek i w dodatku ten sam bym wyróżnił … Choć to tak pewno z braku laku … Szkoda kasy na ten album i szkoda czasu … a najbardziej uszu :-)

Dodaj komentarz