Muzyka 

Confetti – Kosmiczny rock made in Poland [recenzja]

5 utworów, niespełna 20 minut muzyki – ale na pewno warto na debiutancki mini-album grupy Confetti zwrócić uwagę. Między innymi dlatego, że świeżością i chwytliwością ta skromna płytka bije na łeb niejeden „wielki powrót” tej czy innej legendy rodzimego rocka.

Co ważne – Confetti nie jest zespołem, do którego trzeba się długo przekonywać, dzięki czemu można mieć nadzieję, że czeka go w najbliższym czasie zasłużony sukces. Uwagę przykuwa już ascetyczna okładka płyty – czarno-białe towarzystwo wpatrzone w gigantyczny, pokazujący kolorowy kosmos telewizor – a serwowany nam na początek numer „Lunatyk” to jeden z najbardziej fascynujących fragmentów albumu, niesiony cudnymi partiami gitary Jakuba Pieniążka (znanego także z MONS), z pasją zaśpiewany przez Piotra Kazimierczuka i pełen szalenie pozytywnej energii, którą, mam wrażenie, coraz trudniej ostatnio znaleźć w polskiej muzyce. Do tego dochodzi całkiem przekonujący tekst o tym, jak to jest być „czyimś lunatykiem” („Już mam wyciągniętą dłoń/ już dotykam Twoich ust/ a Ty rozpływasz się/ jak sen o wschodzie słońca”).

Czuć, że muzyków rozsadzają pomysły na nowoczesne rockowe granie, a konstruowanie wbijających się w czerep melodii przychodzi im z dużą łatwością.

A dalej też jest pięknie: niby-łagodne, ale nie pozbawione sporej siły rażenia „Gdzieś indziej” (pod zwiewnym wokalem czai się buzująca fantazyjnie gitara), melodyjne i pompatyczne, ale szczęśliwie nie przekraczające granicy kiczu „Dziś jak wczoraj” oraz wspaniale żrący „Przyjdzie taki dzień”, gdzie tekściarz z przymrużeniem oka przewiduje, że jego grupa niebawem podbije cały świat („Dzisiaj jeszcze mnie nie znasz/ (…) Jutro będziesz mnie wycinać z okładek kolorowych pism”).

Jedyną propozycją, która nie do końca mnie tu przekonuje jest czwarta w zestawie „Nuda”: muzycznie co prawda ładnie trzymająca w napięciu (zaczyna się od leniwego gitarowego „tykania”, ale później wszystko ładnie obrasta w tłustsze dźwięki), ale od reszty kawałków słabsza i pod względem wokalu (w tym wypadku irytująco „robociego”, co koresponduje co prawda z tytułem utworu, ale…), i tekstu (w zwrotce słuchamy o tym jak to podmiot liryczny „ma wszystkiego dość”, a w refrenie nacinamy się na rozciągniętą w nieskończoność „nuuudę”). Całość ratuje jednak schizofreniczne „la la la la la” w ostatniej minucie, a zaraz potem wybrzmiewa finałowa kompozycja „Dziś jak wczoraj” – i znów wszyscy są szczęśliwi.

Ogólne wrażenie po wysłuchaniu tych pięciu numerów jest jak najbardziej pozytywne: czuć, że muzyków rozsadzają pomysły na nowoczesne rockowe granie, a konstruowanie wbijających się w czerep melodii przychodzi im z dużą łatwością. Co prawda warstwa tekstowa nie jest jeszcze na „Confetti” równie mocna jak warstwa muzyczna i brak tu fraz, które urodą lub celnością wywoływałyby ciarki na plecach (choć oczywiście obywa się bez wstydu, co i tak wynosi ten materiał ponad przyjęte w naszym kraju standardy) – ale na wszystko jest jeszcze czas i sądzę, że możemy się po tej grupie spodziewać bardzo wiele.

UIP
Poprzedni

Psy Mafii - po męsku, o niczym [recenzja]

Videograf
Następny

Splątanie - prawdopodobnie najlepszy polski horror tego roku [recenzja]

Bartek Paszylk

Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″.

Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz