Muzyka 

Darkness and Light – soul legendy [recenzja]

Piąty studyjny album Johna Legenda to emocjonalna, miłosna płyta. Może i nie zmieni ona muzyki soul, ale na pewno jej nie zaszkodzi.

W grudniu tego roku John Legend skończy trzydzieści osiem lat, dzięki swojemu pseudonimowi uznaje się go już za legendę nowej muzyki soul. Czy to, aby nie przesada? Być może odrobinę, choć lista nagród, jakie zdobył robi wrażenie. Dziesięć Grammy, Złoty Glob i Oscar. Nieźle jak na raptem pięć albumów studyjnych – z czego ostatni ukazał się właśnie teraz.

Karierę zaczynał u boku Kayne’a Westa, a swój dość pompatyczny pseudonim sceniczny zawdzięcza poecie J.Ivy’emu, który po wysłuchaniu wczesnych nagrań muzyka miał ponoć powiedzieć – „człowieku, brzmisz jak legendy soulu”. I tak zostało. John Stephens stał się Johnem Legendą.

Na dwóch albumach Legend nie krył fascynacji czy to estetyką Steve Wondera, czy Curtisa Mayfielda. To były dobre płyty. Może ciut odtwórcze, ale dobre. Przy trzeciej „Evolver” zboczył w stronę elektronicznych wkrętów, które niestety dość skutecznie mnie od jego płyt odrzuciły. I o ile odpuściłem sobie Legenda solo, tak album nagrany z The Roots, zasłuchałem na śmierć.

Ponieważ John wypadł z mojej listy muzyków, na których płyty czekam, informację o jego nowym, piątym albumie zignorowałem. Coś jednak tchnęło mnie i przed wyjściem z domu wrzuciłem płytę do iPoda. Przypadkiem. A czterdzieści pięć minut później…Przyznaję – dałem się oczarować. Jak szczeniak.

Otwierający, subtelny gospelowy „I Know Better” przenosi nas znów do jakiegoś 1975 roku. Zupełnie jakby Marvin Gaye żył, miał się dobrze i postanowił wydać nowy krążek. Im dalej w płytę tym lepiej. Kolejny numer, podbity delikatnym rytmem „Penthouse Floor” to już czysty pulsujący soul. Tytułowy „Darkness and Light” zagrany jest z rockowym pazurem, z kolei miłosne „Overload” zabiera nas w lekko jazzująca podróż. Potem bywa różnie – chwilami mrocznie („What You Do to Me”), chwilami subtelnie („Same Old Story”).

Na potrzeby tego albumu Legend zmienił producenta a nad całością brzmienia krążka czuwał Blake Mills (producent m.in. Alabama Shakes, których wokalistka pojawia się tu gościnnie), który wybił muzykowi z głowy romanse ze tandetnym popem. Dzięki czemu na „Darkness and Light”  Legend znów brzmi jak cudem odnaleziona legenda soulu z lat 70., która tym razem mądrze korzysta z dobrodziejstw współczesności. Może i nie jest to album, który zmieni historię gatunku i zapisze się w niej złotymi zgłoskami. Ale to nie szkodzi. To po prostu czterdzieści pięć minut pięknych piosenek o miłości. Tylko tyle, albo aż tyle.

fugitives_and_refugees_a_walk_in_portland_oregon
Poprzedni

Uchodźcy i wygnańcy. Spacer po Portland w stanie Oregon - zupełnie inny przewodnik [recenzja]

the-last-of-us1
Następny

Najciekawsze gry z zombie [ranking]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz