Muzyka 

Def Leppard – Pop ci w rock [recenzja]

Jaką zawartość popu w rocku (bo już od dawna nie „w metalu”) są w stanie znieść wielbiciele Def Leppard, nie wypinając się jednocześnie na swoich idoli? Brytyjscy weterani – którzy zaczynali karierę blisko 40 lat temu, współtworząc scenę heavy metalową wraz z Iron Maiden czy Saxon – testują to od dłuższego czasu, z bardzo różnym skutkiem. Najnowsze dzieło nie powinno okazać się rozczarowaniem na miarę „Slang”, ale nie jest to też powrót do formy porównywalny z „Adrenalize”. Po prostu – w miarę niezła rzecz, z kilkoma wyraźnymi wzlotami i paroma przykrymi upadkami.

Kiedy w Internecie pojawił się pierwszy utwór z nowego studyjnego dzieła Def Leppard, wśród wyznawców grupy dość porządnie zawrzało: wielbiciele ciężkiego grania po raz nie wiadomo który obrazili się na Brytyjczyków na zdradę heavymetalowych ideałów, a dziewczęta rzucające na ich koncertach biustonoszami kręciły nosami, że nie jest już tak przebojowo jak choćby na wspomnianym „Adrenalize”. Czyżby więc panowie na dobre stracili to „coś”, co wyróżniało ich z tłumu podobnych grup przemycających popowe przeboje pod przykrywką rocka?

Trochę może tak – ale nie do końca. Przede wszystkim, ów pierwszy nowy numer puszczony w świat – „Let’s Go” – na pewno nie jest najlepszą z czternastu kompozycji, jakie trafiły na album „Def Leppard”. To taki trochę sztucznie spreparowany hicior – niby to niosący podobną energię, co choćby popularny „Let’s Get Rocked” sprzed ponad dwóch dekad, ale pozbawiony jego pazura i brzmiący zbyt syntetycznie, jakby na siłę chcący przypodobać się dzisiejszej młodzieży. Nie powiem, odtwarzany odpowiednio głośno ponurym porankiem, potrafi skutecznie pobudzić do działania, ale czuć jednak, że to rzecz umiarkowanie szczera. Dość słabo wypadają również trzy nowe ballady: „We Belong”, „Last Dance” i „Energized” (baaardzo ironiczny tytuł, naprawdę).

Niespełna godzina przyjemnego, ale z pewnością nierewolucyjnego pop-rocka. Niby w porządku – ale jak na tak zasłużony zespół jednak trochę za mało.

Na szczęście wszystkie słabsze momenty udaje się leppardom zatrzeć numerami udanymi albo nawet świetnymi. Do tych ostatnich należy na pewno porywający „Man Enough” – rzecz dla grupy nietypowa i momentami mocno kojarząca się z „Another One Bites the Dust” Queen, ale energią bijąca na głowę wszystkie kompozycje skrojone na miarę dawnych hitów grupy, w tym otwierający album „Let’s Go”. Bardzo ładnie bujają również „Invincible” oraz „Sea of Love” (tu też mamy do czynienia ze zmyłkowym tytułem, ale w drugą stronę: zamiast jakiejś przesłodzonej walentynki dostajemy bowiem najbardziej klimatyczną rzecz na płycie). Z kolei spośród tych najspokojniejszych utworów najlepsze wrażenie robi akustyczny ale całkiem charakterny „Battle of My Own”.

„Def Leppard” zapewnia więc niespełna godzinę przyjemnego, ale z pewnością nierewolucyjnego pop-rocka. Niby w porządku – ale jak na tak zasłużony zespół jednak trochę za mało. Tym bardziej, że całość sprawia raczej wrażenie wykoncypowanej dla masowego odbiorcy (tu zestaw przeciętnych balladek, tam nie zawsze udane nawiązania do chlubnej przeszłości, jeszcze gdzie indziej – drobne eksperymenty) i w efekcie nie zadowoli w stu procentach nikogo.

Czarna Owca
Poprzedni

A kysz, zjawo nieczysta - Charlie Mortdecai kontra czarna magia [recenzja]

Freaks-of-nature-movie-poster
Następny

Freaks of Nature - wampiry, zombie, kosmici i ludzie [recenzja]

Bartek Paszylk

Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″.

Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

2 Comments

  1. Anonim
    2016-02-18 at 19:02 — Odpowiedz

    Z wyjątkiem mnie, jak dla mnie na tym albumie nie ma ani jednego słabego numeru. Ale to tylko i wyłącznie moja opinia, a ja jestem fanem takich albumów jak savage amusement scorpions, czy girls, girls, girls motley crue.

  2. Anonim
    2016-09-06 at 13:44 — Odpowiedz

    „Savage Amusement” i „Girls, Girls, Girls” to bardzo porządne albumy – ale tam są riffy i melodie, które na długo zostają w głowie, a tutaj nie bardzo.

Dodaj komentarz