Muzyka 

Honeymoon – patologiczny miesiąc miodowy [recenzja]

Najbardziej zblazowana współczesna wokalistka powraca z trzecim albumem. Nie dajcie się nabrać na słodki i niewinny tytuł – „Miesiąc miodowy”. Jeśli już to jest to miesiąc miodowy psychopatycznych morderców spędzony w emocjonalnym piekle.

 

Lana Podróbka, czyli Lana Del Fake – to jedno z moich ulubionych określeń panny Lany.  Kiedy podbiła serca i uszy słuchaczy singlem „Video Games” plotkom o pochodzeniu enigmatycznej wokalistki nie było końca. Że to wychowała się w przyczepie, że wszystko, co robi (teledyski, muzyka) robi sama. Że jest biedna jak mysz kościelna itp. A potem wyszło szydło z worka. Czy raczej tatuś. Okazało się bowiem, że Lana nie jest żadnym cudownym dzieckiem, co to determinacją przebiło się na szczyt, a córką milionera, którą tatuś wspiera i cały czas dotuje. Del Rey zatem to taki muzyczny odpowiednik serialu „Dziewczyny” – niby zrobiła wszystko sama, ale jak się przyjrzeć listom płac, to okazuje się, że sukcesem stoją miliony dolarów i wielkie nazwiska. Ale paradoksalnie zarówno w przypadku Lany jak seriali HBO prawda nie przeszkodziła w odniesieniu sukcesu. Przeciwnie – wręcz pomogła. Pierwszy album wokalistki „Born to Die” okazał się wielkim hitem, drugi podobnież. Teraz nadszedł zaś czas na trzeci.

Tytułowe „Honeymoon” brzmi jak upiorna ballada nagrana gdzieś w 1965 przez Lee Hazelwooda i Nancy Sinatrę. Dużo smyczków, smutku, rozczarowania z głosie. Jeśli podobał wam się klimat słynnej pieśni „Bang Bang…” wykonywanej przez Sinatrę (a wsławionej przez Quentina Tarantino w „Kill Billu”) otwarcie płyty Rey wam się spodoba. Zresztą kolejne kompozycje utrzymane są w tym samym klimacie. Mamy zatem tu same popowe ballady z orkiestrowymi aranżami, dęciakami i permanentnie unoszącą się nad nimi nutką nostalgii i życiowego wypalenia. To nie jest zapis radosnego „Miodowego miesiąca” zakochanej pary. To bardziej opowieść o ludziach, którzy nagle uświadomili sobie, że popełnili życiowy błąd i podczas miodowego miesiąca chcą się pozabijać. W pamięci zapada „Music to Watch Boys”, upiorne, pulsujące „Freak” czy zamykająca płytę przeróbka „Don’t Let Me Be Misunderstood”. A reszta? No właśnie problem tej płyty polega na tym, że Lana Del Rey tak mocno skoncentrowała się na budowaniu posępnego nastroju, że gdzieś po drodze zgubiła linie melodyczne. W efekcie „Honeymoon” w pewnym momencie zaczyna nużyć, a piosenki zlewają się w jedną, owszem przygnębiającą, niezwykle retropopową, ale masę.

DAR_plakat
Poprzedni

Dar - emocjonalnie angażujący thriller [recenzja]

Albatros
Następny

Mroczna Wieża: Bitwa o Tull - daleko od Wieży [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz