Muzyka 

IV – Carlos Santana zatrzymuje czas [recenzja]

Rzadko któremu muzykowi udaje się z sukcesem powrócić do stylistyki sprzed lat – i zwykle od razu czuć, że jest to eksperyment motywowany finansowo, ot taka próba wybadania czy nie da się sprzedać jeszcze raz tego, co tak ładnie sprzedawało się dawniej. Nie wnikam w to, co stanowiło najważniejszą motywację dla Carlosa Santany, by nagrać album „IV” – a więc jakby kontynuację „III” wydanego 45 lat temu – ale pewnym jest, że w jego nowej/starej muzyce wciąż czuć niesamowitą pasję. I wciąż jest to granie tak zaraźliwie optymistyczne, że znaczna część nakładu „IV” powinna być dostępna w aptekach, na półce z najskuteczniejszymi antydepresantami.

Sygnałem, że skutecznie udało się tu wskrzesić ducha „klasycznego Santany” jest już otwierający stawkę numer „Yambu” – przebojowy, zaśpiewany po hiszpańsku hicior, który spokojnie mógłby się znaleźć na wspomnianej już płycie „III” (w tworzeniu której także brali udział zaproszeni ponownie do współpracy muzycy, m.in. gitarzysta Neal Schon oraz perkusista/wokalista Gregg Rolie). I nie jest on tutaj żadnym wyjątkiem bo w zasadzie każdy kolejny utwór także kojarzy się z chlubnymi początkami grupy: czy będzie to porywający gitarowymi zagrywkami „Shake It”, czy bujające w najlepszym latynoskim stylu „Anywhere You Want to Go” i „Love Makes the World Go Round” (ten drugi z gościnnym udziałem wokalisty Ronalda Isleya, który świetnie się w stylistyce grupy odnajduje), albo instrumentalne cudeńka w rodzaju „Fillmore East” i „Echizo”, czy też rzewniejszy niż wyżej wymienione, ale też przecież charakterystyczny dla wczesnego Santany „Sueños” (pamiętacie „Sambę pa ti”? – no właśnie…).

Nadzwyczaj udane dopełnienie dyskografii meksykańskiego muzyka – i jedna z najciekawszych muzycznych podróży w przeszłość w historii rocka.

W sumie otrzymujemy tu aż 75 minut muzyki zawartej w 16 kompozycjach – i o żadnej z nich nie można powiedzieć, że się Santanie i kolegom nie udała. Tekstowo jest może na „IV” mało oryginalnie i nieco naiwnie – „Miłość rządzi światem!”, „Uszczęśliwiasz mnie kiedy poruszasz biodrami!” i tak dalej – ale pasuje to wszystko do rekonstruowanej epoki i wzmacnia pozytywny przekaz krążka.

Tak więc – mimo, że pewnie znajdą się tacy, co będą mieli Santanie za złe, że spogląda wstecz zamiast nieustannie się rozwijać i iść za ciosem nowocześniejszych, bardziej „poszukujących” albumów „Shape Shifter” i „Corazón” z ostatnich lat – wypada uznać „Czwórkę” za nadzwyczaj udane dopełnienie dyskografii meksykańskiego muzyka. I jedną z najciekawszych muzycznych podróży w przeszłość w historii rocka.

Lego Mad Max DB
Poprzedni

Postapokaliptyczny świat w LEGO Mad Max [galeria]

SQN
Następny

Grimm City. Wilk! - czarny kryminał z baśniami w tle [recenzja]

Bartek Paszylk

Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″.

Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz