Muzyka 

Love, Fear and the Time Machine – Bez eksperymentów [recenzja]

Najnowszy krążek Riverside to w pewnym sensie kompromis pomiędzy tym, co grupa zaproponowała na dość rewolucyjnym poprzednim albumie, „Shrine of New Generation Slaves”, a tym, z czego zasłynęła na samym początku kariery. Znów jest więc raczej rockowo niż metalowo, ale tym razem nie znajdziecie tu żwawych piosenek w rodzaju kontrowersyjnego „Celebrity Touch” (z „SoNGS”) tylko smutek, tęsknotę i zadumę – a więc elementy charakterystyczne dla stylu Riverside z pierwszych czterech płyt.
Kolejny solidny album Riverside. Niby odżegnujący się od jakiegoś nerwowego eksperymentowania – a przecież mimo to niezwykły.

Krótko mówiąc: jeśli nie pasowała Wam wolta stylistyczna, jaką muzycy wykonali dwa lata temu, nowa płyta powinna nieco uspokoić Wasze nerwy bo to jednak bardziej „typowy” album Riverside, ale jeśli pokochaliście „Shrine of the New Generation Slaves” za energię i różnorodność materiału, na „Love, Fear and the Time Machine” może Wam tych elementów brakować. Co nie zmienia faktu, że jest to krążek znakomicie przemyślany i od początku do końca wciągający. Nie brak tu też chwytliwych melodii – jak w „#Addicted”, „Discard Your Fear” czy w spinających nowe kompozycje zgrabną klamrą „Lost (Why Should I Be Frightened By A Hat?” i „Found (The Unexpected Flaw of Searching)” – tyle, że tym razem nie rozbijają one materiału na „kawałki do radia” i „pozostałe”, ale wpasowują się w niezwykle spójną całość. Mimo tego, że zespół odszedł w tym wypadku od epickich progresywnych form, jakim niegdyś hołdował (najdłuższy utwór trwa tym razem „zaledwie” 8 minut), wciąż trudno mówić o „Love, Fear and the Time Machine” jako o „zbiorze piosenek” – w moim odczuciu to raczej jeden gigantyczny utwór nabierający po drodze różnych kształtów i co jakiś czas wybuchający innym, znakomitym refrenem. I tak – należy to odbierać jako komplement.

Album nie zawodzi również tekstowo. Basista/wokalista Mariusz Duda zgrabnie opowiada nam tu nie tylko o sprawach zasygnalizowanych w tytule – a więc miłości („#Addicted”), strachu („Discard Your Fear”) i podróżach w czasie („Time Travellers”) – ale również, jak to zresztą zawsze miał w zwyczaju, o współczesnym świecie, w ostatnich latach zniewalanym przez coraz to nowsze media społecznościowe („Under the Pillow”, „#Addicted”). Miło, że są jeszcze artyści, którzy w swoich faktycznie mają coś do powiedzenia, a do tego wiedzą jak to zrobić w zwięzły, sugestywny sposób („I lost my calmness in the world/ Where everything is searchable” śpiewa Duda w „#Addicted” i człowiek od razu czuje, że śpiewa do niego).

„Love, Fear and the Time Machine” to więc kolejny solidny album naszej dzielnej eksportowej formacji. Niby odżegnujący się od jakiegoś nerwowego eksperymentowania – a przecież mimo to niezwykły.

Career-of-Evil
Poprzedni

Career of Evil - trup kontra ożenek [recenzja]

Lionsgate
Następny

American Ultra - ujarany agent [recenzja]

Bartek Paszylk

Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″.

Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz