Muzyka 

Making Time – prawie jak Prince [recenzja]

Po czterech latach milczenia Jamie Woon powraca z drugim albumem „Making Time”. Czy jest to powrót, na który czekali fani młodego Brytyjczyka? No cóż – na pewno jest to płyta, która zadowoli fanów Prince’a.
Jamie Woon stworzył album niczego sobie. Sprawny, niebywale klimatyczny. Panie go pokochają, panowie nie będą wybrzydzać. Słucha się tego niezwykle przyjemnie, by nie powiedzieć zmysłowo.

O „Mirrorwriting”, czyli debiucie Jamiego Woona pisano, że to mroczny współczesny odpowiednik bluesów Roberta Johnsona. I że młody Brytyjczyk musiał sprzedać diabłu duszę, żeby pisać tak dobre piosenki. Fakt – „Mirrorwriting” wypełniała niepokojąca muzyka, w której trip-hop mieszał się z bluesem, soulem i Bóg (czy raczej diabeł) wie jeszcze z czym. Spektakularny sukces albumu oczywiście sprawił, iż momentalnie pojawili się życzliwi, którzy twierdzili, że Woon drugiej płyty już nigdy nie nagra. Na ich złość nagrał. I w dodatku wydał.

Cztery lata czekania to sporo. Popularność Woona nie zmalała, ale i oczekiwania względem płyty wzrosły niebywale. Co zatem zaproponował muzyk (swoją drogą wyglądający jak młodsza inkarnacja Oliviera Janiaka)? Ano ku zaskoczeniu wszystkich fanów płytę tak tradycyjną, że chwilami brzmiącą niemal jak nowy krążek Prince ‘a. Tak – na „Making Time” rządzi soul. Otwierający płytę „Message” nie tylko idealnie wprowadza w jej klimat, ale stanowi doskonałą wizytówkę całości. O ile w „Message” mamy spokojny soul, odwołujący się do twórczości Johna Legenda (wokal Woona można tu chwilami aż pomylić z Legendem), tak potem wpływ twórcy „Get Lifted” maleje, zaś Woon coraz mocniej odnosi się tu do Prince’a. „Movment” czy „Skin” zupełnie spokojnie mogłyby naleźć się w jego repertuarze. Poza Legendem i Princem słychać tu również echa młodego Isaaca Hayesa, Curtisa Mayfielda a nawet D’Angelo.

Zresztą trudno nie odnieść wrażenia, że „Making Time” to swoista odpowiedź na ubiegłoroczny genialny album tego ostatniego, czyli „Black Massiah”. O ile jednak D’Angelo nagrał płytę totalną i absolutnie bezkompromisową, tak Jamie Woon stworzył album niczego sobie. Sprawny, niebywale klimatyczny. Pani go pokochają, panowie nie będą wybrzydzać. Słucha się tego przyjemnie, by nie powiedzieć zmysłowo. Ale z tym sprzedawaniem duszy diabłu to jednak przesada. Z czarcią pomocą ta płyta byłaby genialna, a tak jest tylko dobra.

Pięćdziesiąt twarzy Greya DB
Poprzedni

Pięćdziesiąt twarzy Disneya [galeria NSFW]

HBO Polska
Następny

Pakt - HBO jak TVN [recenzja] [serial] [kryminał]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz