Muzyka 

New Bermuda – ciężkie granie dla opornych [recenzja]

Deafhaven prezentuje dość oryginalne podejście do ciężkiego grania. Muzycy z San Francisco zaskoczyli już kilkoma niesamowitymi nagraniami. Zobaczmy, czy podołali na „New Bermuda”.

Już okładka płyty robi wrażenie. Przypomina zaginione dzieło któregoś z malarskich mistrzów. Jest piękna, lecz zarazem creepuje jak jeden z tych obrazków, w których nie do końca wiemy o co chodzi, ale przyprawiają nas o dreszcze.

Jak na black metal, ogromnie dużo tu melodii, zwłaszcza w okolicach solówek. Już w otwierającym płytę „Brought to the water” mroczna ściana dźwięku powoli przechodzi w kojące brzmienia. Tylko po to, by na koniec zaatakować ze zdwojoną siłą. Muzyczne szarże bardzo często zmieniają się w płynące wolniej, delikatniej i z prądem średnie tempa. W takich momentach jedynie piekielne ryki i wrzaski wokalisty przypominają nam o korzeniach Deafheaven.

Mamy tu zresztą tylko pięć kawałków, ale za to niesamowicie długich. Znakomicie wpisują się w złożoną strukturę utworów, pełną zmian tempa, rytmu czy melodii. Co ciekawe, kilka momentów posmarowano tu stonerowymi przejściami przywodzącymi na myśl… „St. Anger” Metalliki.

Muzyka, wokal i tekst oddziałują na tyle silnie, że można się momentami poczuć dość nieswojo w jej obecności. Przyprawia o niepokojące ciarki i buduje niesamowite napięcie. Przesłuchiwanie „New Bermuda” jest trochę jak wycieczka do tropikalnego raju, który zaraz zostanie zmieciony przez nacierającą falę tsunami. Efekt potęguje zresztą skrzeczący growl. Śpiew, którego normalnie nie trawię, tutaj robi dobrą robotę. Wokalista drze się jak bestia z najgłębszych czeluści, chwilami zaś, nie zmieniając wcale barwy głosu, szepcze do słuchacza, niczym istota, której raczej nie chcielibyśmy spotkać. To wtedy jest najbardziej niepokojący.

Typowo metalowe instrumentarium uzupełniono tu o klawisze, gitarę akustyczną i kilka innych smaczków.

Mógłbym podsumować „New Bermuda” jako mocny album i byłaby to prawda. Tyle że niepełna. Opętańcze blackmetalowe patataje przechodzą tu często melodyjne granie rodem z alternatywnego rocka. Nieortodoksyjne podejście do materii metalowej zaowocowało kolejnym intrygującym albumem. To ciężke granie dla opornych, którzy normalnie nie zabrnęliby w okolice nawiedzane przez garotłuków. Wraz z nadejściem „New Bermuda” można spokojnie powiedzieć, że Deafheaven wytrzymało próbę trzeciej płyty.

Mucha Comics
Poprzedni

Saga tom 3 - inteligentna rozrywka [recenzja]

Kultura Gniewu
Następny

Krzesło w piekle - świadectwo niezwykłego talentu [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz