Muzyka 

Node – fascynująca podróż przez dźwięk [recenzja]

Od jakiegoś czasu można natknąć się w czeluściach internetu na obiegowe twierdzenie, że metalcore jest gatunkiem, który sam w sobie wiele nowego do zaoferowania słuchaczom mocnej muzyki nie ma. Coś w tym musi być, skoro nawet takie tuzy jak Parkway Drive zdają się z kolejnymi dokonaniami dryfować coraz dalej od swych oryginalnych brzmień. Nie inaczej jest z ich młodymi kolegami po fachu – Northlane.

Więcej tu psychodelii, więcej kosmiczno-elektronicznych motywów, a w tle dosłyszymy nawet echa progresywnego grania pokroju Karnivoola.

Raczej nie przesadzę zbytnio, jeśli napiszę, że Australia to kraina mlekiem i core płynąca. To w końcu ten kontynent wydał na świat takie marki jak The Amity Affliction, In Hearts Wake, czy wspomniane na wstępie Parkway Drive Na ich tle Northlane jawiło mi się zawsze jako projekt tyleż ambitny i potencjalnie perspektywiczny, co wciąż poszukujący własnej tożsamości na core’owej scenie. To oraz fakt, że mający już na swoim koncie przyzwoite „Discoveries” i „Singularity” Australijczycy od kilku miesięcy borykali się z własnymi problemami  w postaci odejścia z zespołu wokalisty i zarazem jednego z założycieli sprawiło, że informację o rozpoczęciu prac nad trzecim studyjnym albumem przyjąłem z cokolwiek umiarkowanym zainteresowaniem. Tyle tytułem wstępu.

Jakiś czas potem była informacja o zaangażowaniu na wokalu Marcusa Bridge’a i  znakomity, pełen agresji a jednoczenie melodyjny, singlowy „Rot”. A jeszcze później przyszła czołówka ze ścianą, jaką okazało się być dla mnie „Node”.

Nie ma co ukrywać – najnowszy krążek Northlane to zupełnie nowa jakość. W porównaniu do swoich poprzednich dokonań, Australijczycy zdecydowali się tu na bardziej zdecydowany krok w kierunku ambientowych, melodyjnych brzmień. Daje się to odczuć już podczas otwierającej album, zaliczającej nagłą woltę „Somy”, kiedy potężny scream Marcusa Bridge’a płynnie przechodzi w kojące partie czystych wokaliz.

W podobnym tonie utrzymana jest i reszta albumu. Więcej tu psychodelii, więcej kosmiczno-elektronicznych motywów, a w tle dosłyszymy nawet echa progresywnego grania pokroju Karnivoola. Nie oznacza to oczywiście, że na „Node” zabrakło momentów dynamicznej, typowej dla gatunku agresji i połamanych temp. A już taki rozpoczynający się od chwytliwego refrenu, „Impulse” sprawdzi się doskonale jako ożywiacz sal koncertowych. Wszystko to jest perfekcyjnie dograne, przemyślane – po prostu dojrzałe.

Kwintet panów z Sydney definitywnie stworzył znakomity album. Jeden z tych, w których nie rozpatruje się utworów  z osobna, a raczej jako części składowe wyrafinowanej, muzycznej wędrówki. Bo właśnie tym jest „Node” – ponad czterdziestominutową podróżą przez dźwięk. A przy okazji jednym z najciekawszych albumów mijającego roku. Nie tylko na scenie metalcore, ale metalu w ogóle.

Księżniczka po przejściach
Poprzedni

Księżniczka po przejściach - zbuntowany produkt Hollywood [recenzja] [książka] [autobiografia]

Egmont
Następny

Batman: Rok pierwszy - Nowe wydanie kultowego kryminału [recenzja]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz