Muzyka 

Patch the Sky – szczerość punk rocka [recenzja]

Bob Mould to ikona amerykańskiego rocka. Założyciel zespołu Hüsker Dü, idol Kurta Cobaina, człowiek bez którego piosenek, amerykański rock zapewne wyglądałby zupełnie inaczej. „Patch the Sky” to jego dwunasty solowy album. Znakomity.

Życiorys Moulda to w zasadzie gotowy scenariusz na porywający dramat obyczajowy. Kiedy wraz z Hüsker Dü pojawił się na scenie, krytycy okrzyknęli ich objawieniem. Prawdziwym punkowym bandem. Pech chciał, że mało kto kupił ich płytę. Jakby tego było mało, podobno wytwórnia zmusiła chłopaków do zmiany stylistyki, licząc na to, że delikatniejsza muzyka, połączona z podziemną sławą zespołu sprawi, że zaczną świetnie się sprzedawać. Nie zaczęli. Za to Mould uzależnił się od narkotyków. Zespół się rozpadł. Potem było Sugar. Kolejny zespół rozpieszczany przez krytyków i zignorowany przez publiczność.  W przypadku obu grup ich wpływ na amerykańskiego rocka jest nieoceniony. frank Black, lider zespołu Pixies w niemal każdym wywiadzie otwarcie przyznaje się, że powstania jego grupy zainspirowało go Hüsker Dü. Podobnie i Kurt Cobain (który dodawał do tej listy Pixies). Sugar zaś ze swoją mieszanką popu i punka było czczone przez chłopaków z Green Day. I tak Mould stał się muzykiem legendą, którego sława przerastała stan konta.

Potem były solowe albumy i słynny coming out. Ikona punk rocka i jeden z najbardziej cenionych w branży muzyków niezależnych okazał się gejem. Kiedy kilka lat temu zmarł ojciec muzyka, ten nagrał przejmujący album „Beauty & Ruin”. „Patch the Sky” to bezpośrednie rozwinięcie tamtej płyty. Tyle, że jeszcze mocniejsze, lepsze i przejmujące.

Płytę otwiera „The End of Things” – wściekła, punk rockowa petarda napędzana frustracją i niezgodą na zastaną rzeczywistość. W „Hold On” może zwalnia tempo, ale nie emocje. Podobnie rzecz ma się ze świetnym, delikatnym „Losing Sleep” – niby ballada, niby zwiewna, ale aż kotłuje się w niej od emocji.

Mould w tym roku kończy sześćdziesiąt sześć lat, ale przez sekundę tej płyty nie słychać tu jego wieku. To wciąż zbuntowany, szukający swojego miejsca w świecie facet. Tyle, że dziś po większych przejściach i może dlatego ta płyta brzmi tak dobrze. To nie jest bunt dla buntu, a wyraz dezaprobaty dla świata, starości i relacji międzyludzkich wygłoszony przez człowieka, który w życiu widział niemal wszystko.

infini
Poprzedni

Infini – space horror z morałem [recenzja]

pink-floyd-prędzej-swinie-zaczna-latac
Następny

Pink Floyd. Prędzej świnie zaczną latać - perfekcyjna biografia grupy [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz