Muzyka 

Purpose – pop dla dzieci [recenzja]

Justin Bieber powrócił z nową płytą. Nie jest już ślicznym chłopczykiem a dwudziestojednoletnim facetem z bogatą policyjną kartoteką. Szkoda tylko, że w żaden sposób w jego muzyce tego nie słychać.
To wciąż pioseneczki Piotrusia Pana, który nie chce zaakceptować faktu, że przeszedł mutację, wyrosły mu włosy łonowe a przed wymiarem sprawiedliwości nie może się już schronić za mamusiną spódnica.

Pięć lat. Dokładnie tyle zajęło młodemu Kanadyjczykowi podbicie świata i serc nastolatek. Odkryto go w 2008 roku, a w 2013 był już na samym szczycie. Miał wtedy dziewiętnaście lat. Nareszcie mógł leganie pić piwo. Co zresztą skończyło się dla niego dość smutno – bo kilkukrotnym aresztowaniem i zdjęciami we wszystkich brukowcach tego świata. Do tego doszły plotki o romansach (z Seleną Gomez), nagie fotki i całe bagienko, z którym zmagać muszą się dorosłe gwiazdy kina czy muzyki. Przez trzy lata Bieber nie wydawał płyt, odgrażając się, że jego czwarty album będzie pierwszą dojrzałą płytą, dorosłego faceta. Nareszcie album się ukazał. Nosi tytuł „Purpose” i… No właśnie…

Jest na „Purpose” jedna piosenka śliczna – „Love Yourself” zagrane z duecie z Edem Sheeranem. Delikatna ballada, z kapitalną, chwytliwą linią melodyczną i ładną, prościutką partią trąbki. Tu głos Biebera brzmi świeżo i naturalnie. Niestety im dalej w las, tym ciemniej. Kanadyjski wokalista gnie gdzieś przygnieciony studyjną postprodukcją.  Ani duet ze Skrillexem ani bonusowa piosenka z Nasem nie sprawiają, że Bieber brzmi przekonywująco dla dorosłego odbiorcy.

To wciąż pioseneczki Piotrusia Pana, który nie chce zaakceptować faktu, że przeszedł mutację, wyrosły mu włosy łonowe a przed wymiarem sprawiedliwości nie może się już schronić za mamusiną spódnica. Nie twierdzę, że Bieber nie ma talentu. Ma. Potrafi śpiewać, ma w sobie to coś, co sprawia, że szaleją za nim dzieciaki, ale nie zmienia to faktu, że sam wciąż jest dzieciakiem. Bez pomysłu na dorosłość. Niestety – same pieniądze, sława i tatuaże, nie wystarczą. Trzeba jeszcze czegoś chcieć, a na „Purpose” tego nie słychać. To sprawny popowy produkt, a nie album faceta, który myśli.

Mashable
Poprzedni

Najlepszy cosplay (X) - Star Wars cz. 2 - Slave Leia [galeria NSFW]

Gmork
Następny

Hardboiled - fantastyka w stylu noir [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

1 Comment

  1. Milena
    2015-12-29 at 02:38 — Odpowiedz

    Te pięć linijek tekstu z całym szacunkiem to nie recencja.

Dodaj komentarz