Muzyka 

Rattle That Lock – Pink bez Floyd [recenzja]

Po melancholijnym i ostentacyjnie antyprzebojowym ostatnim krążku Pink Floyd, David Gilmour zaskakuje solową płytą, na której nie brak urokliwych, przyjaznych radiu piosenek.

 

Gwałtowne uniesienie brwi wywoływał już promujący album utwór tytułowy, oparty na motywie podebranym z francuskiego dżingla i przyozdobiony wbijającym się w ucho refrenem. Nie żeby była to nie wiadomo jaka muzyczna rewolucja – ale coś takiego na płycie Gilmoura, który skłaniał się ostatnimi czasy ku spokojnym kompozycjom instrumentalnym? A jak się okazuje po wysłuchaniu całości nowego albumu, podobnie piosenkowy charakter ma aż połowa zamieszczonych na nim numerów – ze szczególnym wskazaniem na zwiewny „Dancing Right In Front Of Me”, wyluzowany „The Girl In The Yellow Dress” oraz porywający od pierwszej do ostatniej nuty „Today”, który śmiało mógłby śpiewać Peter Gabriel, taki z czasów kiedy stacja MTV kochała go najbardziej.

Może i nie ma tu aż tyle pinkfloydowania, ile by się chciało, ale jak już się pojawia, to momentalnie wywołuje ciarki na plecach.

Jeśli jednak macie zamiar wzgardzić „Rattle That Lock” bo interesuje Was wyłącznie to bardziej pinkfloydowe oblicze Gilmoura – robicie poważny błąd. Może i nie ma tu tego pinkfloydowania aż tyle, ile by się chciało, ale jak już się pojawia, to momentalnie wywołuje ciarki na plecach. Weźmy choćby instrumentalną kompozycję „Beauty” – zgodnie z tytułem absolutnie przepiękną, w której Gilmour z godną podziwu lekkością wyczarowuje atmosferę kojarzącą się z najwspanialszymi utworami jego sławnej grupy sprzed czterech dekad. Równie potężne wrażenie robi instrumentalna klamra albumu w postaci utworów „5 A.M.” oraz „And Then…”, gdzie słychać m.in. partie orkiestry autorstwa niezawodnego Zbigniewa Preisnera, zaś Gilmour odsłania swoje najbardziej melancholijne oblicze. Duch Pink Floyd z okresu „klasycznego” krąży również nad utworem „A Boat Lies Waiting”, gdzie wokalnego wsparcia udzielają Gilmourowi David Crosby i Graham Nash, a z kolei klimatyczny „In Any Tongue”, gdzie słyszymy partie fortepianu w wykonaniu syna Gilmoura, Gabriela, zdaje się przywoływać echa tego zespołu z okresu schyłkowego.

 

Do tego dochodzą oczywiście charakterystyczne, zadumane teksty Gilmoura i Polly Samson oraz pełne emocji gitarowe popisy eks-muzyka Pink Floyd (posłuchajcie tylko solówki, jaką Gilmour wygrywa w „In Any Tongue” – już dla niej samej warto kupić ten krążek!), składając się na kolejne dzieło w dorobku artysty, obok którego nie sposób przejść obojętnie. Śmiało, pozwólcie mu się oczarować.

Albatros
Poprzedni

Upadek - Harry Bosch wraca do formy [recenzja]

Aurora Films
Następny

Noc Walpurgi - polskie kino, światowa jakość [recenzja]

Bartek Paszylk

Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″.

Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz