Muzyka 

Safehaven – Podróż do innego świata [recenzja]

Nasz eksportowy post-rock wciąż ma się świetnie – kto jeszcze o tym nie wie (albo uparcie nie chce w to uwierzyć), ten powinien zmierzyć się z muzyką zawartą na najnowszym krążku warszawskiej formacji Tides From Nebula.

Tym razem – po wcześniejszej współpracy z takimi profesjonalistami jak Zbigniew Preisner i Christer-André Cederberg – zespół postanowił samodzielnie zająć się produkcją płyty. I poradził sobie z tym zadaniem bezbłędnie, tworząc dzieło, które nie tylko dorównuje jego wcześniejszym dokonaniom, ale pod pewnymi względami także je przewyższa. Rzecz nosi tytuł „Safehaven”, zawiera 8 kompozycji i trwa skromne 40 minut z hakiem, ale za to każdy dźwięk jest tu na swoim miejscu, pomagając budować imponującą, świetnie przemyślaną całość. Niby zaczyna się dość leniwie, ale przecież nawet zwiewne dźwięki utworu tytułowego, jakie nas tu witają, niosą ze sobą sporą dawkę jakiegoś nieokreślonego niepokoju – a wkrótce po tym jak wyłania się z nich urokliwa wokaliza (autorstwa Beli Komoszyńskiej z grupy Sorry Boys), całość zaczyna nabierać hardości i rozpędu, coraz bardziej podkręcając napięcie. A to przecież dopiero początek zabawy!

Album, który mówi nam szalenie dużo, mimo, że nie pada na nim ani jedno słowo.

Drugi numer, rozpędzony, ale czarujący też co chwilę mgławicami ślicznych dźwięków „Knees to the Earth”, to zdumiewający, futurystyczny fresk, dzięki któremu zaglądamy w przez dziurkę od klucza do nieznanego nam dotąd świata; z kolei w stonowanym „All the Steps I’ve Made” muzycy pokazują, że poza składaniem dźwięków w intrygujące melodie, mistrzowsko opanowali także sztukę operowania nastrojem; wielowymiarowy „The Lifter” to kolejna potężna dawka suspensu – i coś, czym śmiało mógłby zilustrować swój film Alfred Hitchcock gdyby jakimś cudem wciąż jeszcze żył i tworzył; niespokojny „Traversing” oferuje natomiast całkiem sporo cudnego gitarowego hałasu, tak jakby muzycy chcieli się upewnić, że nikt im nie uśnie tuż przed Wielkim Finałem.

Wielki Finał wygląda natomiast tak: najpierw jesteśmy częstowani odrealnionym, rozbulgotanym elektronicznie „Colour of Glow”, potem lądujemy w fantastycznym, oszałamiającym barwami i hałasem lunaparku o nazwie „We Are the Mirror”, a na sam koniec sprowadza się nas na ziemię pięknym, skąpanym w eterycznych melodiach „Home” – utworze poświęconym pamięci zmarłego niedawno gitarzysty Riverside, Piotra Grudzińskiego. Wspaniałe zakończenie niezwykłego albumu – takiego, który mówi nam szalenie dużo, mimo, że nie pada na nim ani jedno słowo.

wilco_schmilco_1200-e1468894519993_sq-e28b825e4157160666e178facabff3e7be60f29b-s900-c85
Poprzedni

Schmilco - akustyczna bestia Wilco [recenzja]

smierc-neil-gaiman-b-iext41852098
Następny

Śmierć - Nie taka straszna [recenzja]

Bartek Paszylk

Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″.

Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz