Muzyka 

Schmilco – akustyczna bestia Wilco [recenzja]

Dziesiąty album Wilco. Niemal w całości akustyczny i wyciszony. Ale nie dajcie się zwieść pozorom. „Schmilco” zwodzi słuchacza pozorną subtelnością, by niemal w każdej kompozycji wyciągnąć i pokazać pazury.

 

O tym, że Wilco wydaje nowy album dowiedziałem się bodaj dwa dni po ich koncercie w Białymstoku. Wtedy kompletnie mnie zatkało. Jak to? Wiedzieliście, że macie nowy album i ani jednej piosenki nie zagraliście? Ano nie zagrali. Teraz już po wysłuchaniu „Schmilco” jestem w jeszcze większym szoku. I nie mogę wyjść z podziwu. Dlaczego? Bo wiedzieli, że nagrali znakomity album i potrafili dochować tajemnicy całą trasę. Nigdzie nie zagrali nowych piosenek a przecież musiało ich korcić…  To w końcu tak mocny i dobry materiał.

„Schmilco” otwiera „Normal American Kids”. Podczas koncertu w Polsce w pewnym momencie Tweedy (lider i wokalista) podszedł do mikrofonu i rzucił do publiczności – Nie mówię zbyt wiele do was, bo w sumie o czym mam opowiadać? Jestem tylko prostym, trochę durnym Amerykaninem. Była to oczywiście z jego strony kokieteria (bo potrafi opowiadać i ma o czym), ale te zdania przypomniały mi się, gdy tylko wybrzmiały pierwsze takty „Normal American Kids”. Prosta, ale podszyta delikatnym dźwiękowym szaleństwem ballada to tak naprawdę dyskusja z tym, co znaczy być „normalnym amerykańskim dzieciakiem”. Gorzka i wcale niegłupia. Zresztą cała ta płyta w warstwie tekstowej jest gorzka i często niebywale przejmująco smutna. Jak choćby „Cry All Day” gdzie Tweedy opowiada o sobie i tym jak zareagował na chorobę swojej żony…

Niełatwym tematom, ponurym dywagacjom na temat życia, oswajania się ze śmiercią i duchowości towarzyszy muzyka, która tylko pozornie jest powrotem do prostego akustycznego grania. Pozornie, bo chłopaki z Wilco nie lubią się ograniczać. „Locator” zamienia się w małą akustyczną kakofonię, z kolei wspomniane „Cry All Day” przywodzi na myśl akustyczne Velvet Underground. Zresztą to chyba najlepsze skojarzenie i najcelniej oddające charakter tej płyty. Tak – to powrót do wyciszonej krainy łagodności, ale bez nudzenia i umartwiania się. „Schmilco” to przyczajona bestia. Zwodzi słuchacza pozorną subtelnością, by niemal w każdej kompozycji wyciągnąć i pokazać pazury.

Europe Comic Con Kielce 2016
Poprzedni

Europe Comic Con - bilety i garść szczegółów

tides-from-nebula-safehaven
Następny

Safehaven - Podróż do innego świata [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

1 Comment

  1. Anonim
    2016-09-11 at 22:36 — Odpowiedz

    Słuchając w sierpniu bardzo intensywnie Loose Fur i trochę Sukierae, myślałam, co by było, gdyby Wilco nagrali taką oszczędną płytę? No ale w końcu po co Tweedy zatrudnił całą tę orkiestrę? 😉 A tu proszę, niespodzianka!

Dodaj komentarz