Muzyka 

Shut Up and Rawk – Klasyczny hard rock ciągle żywy [recenzja]

Na swoim nowym albumie pierwsza formacja Doogie’ego White’a, La Paz (powstała jeszcze w latach 80.), po raz kolejny serwuje nam zestaw soczystych hardrockowych kompozycji w duchu Rainbow, Deep Purple czy Whitesnake.

White, który sam swego czasu terminował w Rainbow, mimo mnogości różnych projektów, jakie brał do tej pory na bary (m.in. albumy tworzone wspólnie z Tank, Demon’s Eye, Yngwie’em Malmsteenem czy Michaelem Schenkerem), nie nagrał jeszcze słabego krążka – i „Shut Up and Rawk” też nic w tej kwestii nie zmienia. Może i nie ma tu aż tylu hardrockowych killerów, co na poprzednim albumie La Paz, „The Dark and the Light” z 2013 r., ale jak już się pojawiają – wyrywają ze skarpet.

Pierwsze dwa numery, „Light the Fire” i „Heart of Stone”, to sprawnie zagrane i skutecznie podgrzewające atmosferę rockery, ale prawdziwe cuda zaczynają się dziać dopiero przy kawałku numer trzy, zatytułowanym „No Place in Heaven”; tu mamy już wszystko, co składa się na klasyczny, a jednak niepowtarzalny styl La Paz: zgrabne gitarowe intro, które wkrótce przeradza się w napędzaną czystą adrenaliną rockową jazdę ku melodyjnym, mistrzowsko wyśpiewywanym przez White’a refrenom. A zaraz potem słyszymy rozkoszną instrumentalną miniaturę „The Revenge of El Guapo” z zagrywkami w stylu flamenco (gitarzysta Chic McSherry zawsze miał łapę do tego rodzaju urozmaiceń), która przeradza się w kolejny bardzo mocny fragment krążka – żwawy, pachnący trochę amerykańskim graniem w stylu Van Halen numer „A Certain Song”.

La Paz i tym razem nie zawodzi, udowadniając, że wciąż można dziś grać rocka tak, jakby lata 70. nigdy nie minęły.

Wspaniale wypadają również takie kompozycje jak „Daughter of Time” (którą ciągnie ciężki gitarowy riff, a ubarwiają pieszczące ucho orientalizmy), „Throw Me to the Wolves” (brzmiący momentami jak hołd składany Whitesnake – ale jeden z tych, co to wcale nie ustępują wykonaniom Mistrzów) oraz finałowa, wieolbarwna „The Book of Shadows” (z fantazyjnym wycinaniem klawiszowca i uroczą akustyczną klamrą).

A jeśli reszcie nowego repertuaru odrobinę jednak brakuje, aby nazwać ją współczesną klasyką rocka, to i tak przecież słucha się tego wszystkiego nadzwyczaj przyjemnie, zaś McSherry i reszta muzyków grupy dbają o to, by od czasu do czasu raczyć nas różnymi sympatycznymi smaczkami – a to niespodziewanym wjazdem gitary w „The Prize”, a to znów „odgłosami ulicy” w „Retribution Blues” czy ładnym harmonijkowym wstępem do „Miss Dynamite”. Czyli – La Paz i tym razem nie zawodzi, udowadniając, że wciąż można dziś grać rocka tak, jakby lata 70. nigdy nie minęły.

bleed
Poprzedni

Bleed - Standardowy horror numer 314 [recenzja]

KSU rejestracja buntu
Następny

KSU: rejestracja buntu - biografia pod prąd [recenzja]

Bartek Paszylk

Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″.

Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz