Muzyka 

Star Wars – Gwiazdne wojny Wilco to płyta autentycznie kosmiczna [recenzja]

W połowie lipca dowodzony przez Jeffa Tweedyego amerykański zespół Wilco zrobił fanom niespodziankę i bez zapowiedzi wrzucił do sieci nowy album. Ot tak – bo fanom się należy. Zupełnie za darmo.

Nie jest to pierwszy raz kiedy Tweedy udostępnia coś fanom za pośrednictwem sieci. Słynny album „Yankee Hotel Foxtrot” można było pobrać z ich strony, masę EP-ek, krążek „Wilco”. W przypadku „Star Wars” novum polega na… działaniu z zaskoczenia. O ile o poprzednich płytach Wilco wszyscy wiedzieli, o tyle „Star Wars”, czyli dziewiąty studyjny album zespołu panowie nagrali w tajemnicy. Fizyczną wersję płyty kupić będzie można w sierpniu i cóż… nie pozostało mi nic innego jak tylko napisać, że warto. Warto, bo to kolejny zestaw niezwykle zmysłowych piosenek Tweedyego i ekipy.

„Star Wars” to podróż w balladowo-psychodeliczne rejony, którym towarzyszą niezwykle subtelne i zmysłowe teksty Tweedyego.

Otwierający album „EKG” może zaskoczyć. Kakofoniczna instrumentalna miniaturka to mały popis gitarowego szaleństwa Nelsa Cline’a. Kolejne utwory „More…” i „Radnom Name Generator” to rockowe petardy w których słychać i echa T.Rexa i glamowego Davida Bowie. A potem zespół powoli zmienia klimat. „The Joke Explained” to taka piosenka, w której Bob Dylan spotyka rozgadanego Lou Reeda. Co wynika z tego spotkania? Piosenka, która nie chce wyjść z głowy. Reszta „Star Wars” to podróż w balladowo-psychodeliczne rejony, którym towarzyszą niezwykle subtelne i zmysłowe teksty Tweedyego. Jest o rozpadzie miłości, jest o relacjach, o ukrywaniu uczuć. Jest jak to bywa zawsze u tego artysty – mądrze, choć jest to mądrość podszyta goryczą i smutkiem. Tej goryczy tym razem jest jakby więcej i a Tweedy znów powraca w nich do swojej walki ze stanami lękowymi i depresją. Jeśli miałbym jeszcze wyróżnić tu jakiś utwór to kapitalne, przesterowane „Pickled Ginger” i chyba najpiękniejsze na płycie „Where Do I Begin”, gdzie Tweedy zaklina nawroty choroby. Oj piękna jest ta płyta, niezwykle wciągająca, a wręcz hipnotyczna. Jedyny minus jaki w tej chwili przychodzi mi do głowy to jej czas. Trwa raptem trzydzieści cztery minuty. Mogłaby wieczność.

PS

Godzinę po napisaniu tej recenzji znów słucham „Star Wars” i tym razem wydaje mi się, że najpiękniejszą piosenką jest „Cold Slope”. Tak więc powtarzam – album do wielokrotnego odkrywania. Długo wam się nie znudzi.

UIP
Poprzedni

Piksele - idealny seans na lato [recenzja]

MAG
Następny

Przedrzeźniacz - Dystopia analfabetów [recenzja] [książka] [sci-fi]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

1 Comment

  1. Anonim
    2016-06-07 at 18:46 — Odpowiedz

    Twój kot słuchałby Wilco

Dodaj komentarz