Muzyka 

Stranger to Stranger – Paul Simon w rewelacyjnej formie [recenzja]

Przynajmniej raz wydawca nie kłamie porównując nowy krążek legendarnego artysty do najlepszych w jego dorobku. „Stranger to Stranger” to faktycznie rzecz na miarę „Still Crazy After All These Years”, „The Rhythm of the Saints” czy „Graceland” – a więc tych najbardziej niesamowitych albumów w solowym dorobku Paula Simona.
Jeden z najwspanialszych albumów roku.

No właśnie: solowym. Celowo nie porównuję „Stranger to Stranger” do nieśmiertelnych dokonań duetu Simon & Garfunkel, bo to jednak trochę inna muzyka – po pierwsze, bardziej eksperymentalna, a po drugie pozbawiona tak charakterystycznego śpiewu Arta Garfunkela. Paul też oczywiście potrafi zaśpiewać przepięknie (tu zwłaszcza w takich utworach jak „Proof of Love” czy „Insomniac’s Lullaby”), ale lubi sobie również od czasu do czasu „pogadać” i te melorecytacje stanowią ważny wyróżnik jego solowej dyskografii. Przyprzyjcie mnie jednak do muru i zapytajcie czy przewspaniałe płyty nagrane z Garfunkelem podobają mi się bardziej niż „Stranger to Stranger”, a będę musiał zupełnie szczerze odpowiedzieć, że nie. Są inne – ale tak samo cudne.

Ale żeby nie wyszło, że jestem niezdolnym do jakiejkolwiek krytyki psychofanem Simona, pozwolę sobie dodać, że nie zakochałem się w jego nowym krążku od razu po pierwszym przesłuchaniu. W pierwszym kontakcie większość numerów wydawała mi się zbyt błaha, zbyt krótka i zbyt dla tego muzyka typowa. O, znowu śpiewa o rozmowach z Bogiem, znów przytacza te swoje opowiastki „z ulicy”, znów składa hołd jakiemuś sportowcowi… a gdzie jakaś niespodzianka, jakiś zaczątek muzycznej rewolucji? Ano, okazuje się, że jednak są – tyle, że dość skrzętnie poukrywane, czekające tylko na co cierpliwszych słuchaczy, czy to w postaci „mikrotonów” wygrywanych przez nietypowe instrumenty, czy też pewnych zaskakujących tekstowych niuansów. Prawdziwa siła „Stranger to Stranger” objawiła mi się podczas trzeciego słuchania płyty – i dziś, kilkanaście kolejnych przesłuchań później, mam wrażenie, że z każdym kolejnym wciśnięciem PLAY uwielbiam zebrane tu numery jeszcze bardziej. A coś takiego naprawdę nie zdarza się często.

Na początek „The Werewolf”: lekka choć nie pozbawiona podtekstów politycznych opowiastka o… zabójstwie za pomocą noża do sushi, której towarzyszy muzyka oparta na żwawym rytmie, a w tle odzywa się czasem instrumentalne wycie wilkołaka (tytuł zobowiązuje). Później najzabawniejszy i najbardziej chwytliwy na płycie „Wristband”, czyli historia o tym, jak to muzyk robi sobie przerwę w koncercie i wychodzi na chwilę tylnymi drzwiami żeby „pooddychać nikotyną”, a kiedy te się za nim zatrzaskują – nie może wejść z powrotem bo nie ma tytułowej opaski, a bramkarz nie rozpoznaje go jako gwiazdy wieczoru („Wristband, my man/ You’ve got to have a wristband/ If you don’t have a wristband/ You don’t get through the door”). Zaraz potem pojawia się pierwszy z dwóch krótkich utworów instrumentalnych, „The Clock”, w którym melodie wygrywane przez gitarę Simona ścigają się z tykaniem zegara. Piękne i wymowne, prawda?

„Street Angel” to kolejna perełka oparta na żwawym, egzotycznym rytmie, przy której nie sposób odmówić sobie tupania nogą, a opowiadający o meandrach miłości utwór tytułowy to z kolei rzecz bardziej stonowana i w tradycyjny „piosenkowa”, ze ślicznym refrenem i urokliwymi partiami gitary. W rozbrzmiewającym później „In a Parade”, gdzie rządzą z kolei instrumenty perkusyjne, znów robi się bardziej energicznie, a Simon kontynuuje opowieść rozpoczętą w „Street Angel”, wyjawiając, że wygadany uliczny wizjoner z tamtej piosenki zostaje zdiagnozowany jako schizofrenik i umieszczony w zakładzie zamkniętym. „Proof of Love” (opowiadający o oczyszczeniu duchowym, jakiego doznał Simon podczas niedawnej podróży do Brazylii) i „The Riverbank” (gdzie matka opłakuje śmierć syna-żołnierza) znów wprowadzają atmosferę spokoju i zadumy (choć w tym drugim nie brak ożywczych poklaskiwań i uderzeń w marimbę), a w bardzo zgrabny sposób wślizguje się między nie kolejna krótka kompozycja instrumentalna „In the Garden of Edie”, którą muzyk zadedykował swojej żonie, piosenkarce Edie Brickell. Absolutnie niesamowity jest „Cool Papa Bell”, zarówno w warstwie muzycznej (porywa od pierwszych nut, przywodząc na myśl najbardziej magiczne fragmenty płyty „The Rhythm of the Saints”), jak i tekstowej (Simon miesza tu mnóstwo pozornie nieprzystających do siebie tematów, m.in. wspomnienie o „najszybszym baseballiście świata”, wyłożenie życiowej filozofii nieugiętego optymizmu czy… szybką, ale przekonującą analizę słowa „motherfucker”). Na koniec dostajemy natomiast przepiękną kołysankę zatytułowaną „Insomniac’s Lullaby” – najbardziej z całego zestawu kojarzącą się ze starymi, dobrymi czasami duetu Simon & Garfunkel.

Cały nowy materiał to niespełna 40 minut muzyki więc wysoce wskazane jest nabycie „Stranger to Stranger” w niewiele droższej wersji limitowanej. Oferuje ona dodatkowo wspaniałe koncertowe wersje utworów „Duncan” oraz „Wristband” (unikalny jest zwłaszcza ten drugi: posłuchajcie jak publiczność reaguje śmiechem na dowcipny tekst, słysząc go po raz pierwszy; podczas kolejnych występów już takiej reakcji nie usłyszymy, w końcu wszyscy będą znali ten numer z płyty i odpadnie niezbędny element zaskoczenia), a także trzeci, trwający niewiele ponad minutę utwór instrumentalny „Guitar Piece 3”, zwiewny temat z serialu komediowego Louisa C.K. „Horace and Pete” i sympatyczny duet wokalny z Dionem w postaci „New York Is My Home”.

Naprawdę warto przedłużyć sobie obcowanie z najnowszą twórczością Paula Simona o te kilkanaście minut – było nie było, mamy tu do czynienia z jednym z najwspanialszych albumów roku.

sabaton
Poprzedni

Sabaton, Lwy Północy - prezent dla polskich fanów zespołu [recenzja]

ludlum-odwet-bourne-okladka
Następny

Odwet Bourne'a - Eric van Lustbader [patronat]

Bartek Paszylk

Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″.

Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz