Muzyka 

Wilder Mind – wilki, potwory i oczy węża [recenzja]

Oj podzieliła ta płyta krytyków. Na swoim trzecim krążku bogowie współczesnego folk-rocka porzucili, bowiem akustyczne gitary, banjo i nagrali album rockowy.  Czy rzeczywiście tak zły, jak twierdzili krytycy na świecie?
Mumford & Sons stanęli w rozkroku. Marcus nie stracił swojego głosu – wciąż brzmi mocno i przejmująco. Ale czasami jego siła gubi się w dźwiękach nie tyle złych, co wtórnych

Przez ostatnie kilka lat Marcus Mumford wypracował sobie na świecie status wielkiej gwiazdy folki. Jego zespół został pupilkiem krytyków, zaś on sam był zapraszany do współpracy przez największych muzyki (i sztuki w ogóle). Bracia Coen poprosili go by śpiewał na ścieżce dźwiękowej do „Co jest grane Davis?”, zaś w 2014 roku został członkiem The New Basement Tapes supergrupy, która nagrała muzykę do cudem odkrytych tekstów Boba Dylana. Można zatem śmiało stwierdzić, że mając dwa bestsellerowe albumy na koncie i prestiżowych współpracowników, w muzyce folk-rockowej Marcus osiągnął wszystko, co mógł. Nic dziwnego, że w pewnym momencie poczuł się pozycją genialnego folkowca zwyczajnie zmęczony.

I tu z pomocą przyszedł mu kolega z formacji The National, Aaron Dessner. To on (wspólnie z Johnem Fordem) został producentem trzeciego krążka Mumford & Sons i on wsparł Marcusa przy komponowaniu nowych piosenek. I faktycznie to słuchać. Na „Wilder Mind” próżno szukać folkowej zwiewności znanej z hitu „Little Lion Man”, ale też i na szczęście ekipa nie postanowiła nagle zostać drugim The National. Oni po prostu nagrali rockowe piosenki. Niektóre są znakomite jak choćby otwierający krążek „Tompkins Squere Park” – pełen energii numer, który zapewne porywa stadiony. Podobny potencjał ma w sobie „The Wolf”, który otwiera głośna gitarowa ściana dźwięku. Z kolei tytułowy „Wilder Mind” zapada w pamięć od pierwszego taktu a wokal Marcusa świetnie współgra z gitarowym tłem.

Dlaczego zatem zmieszano ten album z błotem? Odpowiedź na to pytanie jest chyba prosta. Rezygnując z folkowych naleciałości Mumford & Sons zrezygnowali z elementu, który wyróżniał ich muzykę na tle innych nowych bandów. Teraz grają solidnego niezależnego rocka. Nie porywają serc (przynajmniej nie tak mocno) jak The National, ale też i nie nudzą jak choćby Muse. Reasumując Mumford & Sons stanęli w rozkroku. Marcus nie stracił swojego głosu – wciąż brzmi mocno i przejmująco. Ale czasami jego siła gubi się w dźwiękach nie tyle złych, co wtórnych. Choć z drugiej strony im częściej słucham tej płyty tym więcej piosenek mi się podoba… Dramatu zatem nie ma. Rewolucji na miarę porzucenia przez Dylana folku też. Jest solidnie. Bez wstydu. Zwłaszcza, że wciąż chłopaki potrafią napisać tak piękną piosenkę jak „Monster”.

Albatros
Poprzedni

Mroczna Wieża: Bitwa o Tull - daleko od Wieży [recenzja]

Uroboros
Następny

Star Wars: Tarkin - zamordyzm Imperium [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz