Niezbędnik 

Batman: Atak na Arkham – Antyherosi do wynajęcia [recenzja]

Do zadań niemożliwych powinno się zatrudniać specjalistów – normalnych, to  znaczy autentycznie zdiagnozowanych, wariatów. I kryminalistów. Ekipa „Suicide Squad” wydaje się naturalnym wyborem, a obrazowym przykładem jest tutaj animacja „Batman: Atak na Arkham”. Przeczytajcie, zobaczcie i uwierzcie.

Tytuł filmu mógłby co prawda sugerować, że głównym bohaterem jest Mroczny Rycerz, jednak etatowy obrońca Gotham pozostaje w cieniu drużyny przewidzianej do samobójczych misji. Dosłownie, jako że Batman działa z ukrycia, ale też na poziomie kreacji świata przedstawionego, bowiem złoczyńcy stali się w nim protagonistami, i choć ich intencje nie zawsze (właściwie nigdy) są czyste, to bezdyskusyjnie potrafią oni przykuwać uwagę. Argumentem siły, seksapilu czy zabójczym podstępem.

Słowem – jest wyraziście. Trudno zresztą żeby było inaczej, skoro zespół składający się z Deadshota, Harley Quinn, King Sharka, Kapitana Boomerang, Black Spidera i Killer Frost, a więc charakternych antagonistów z uniwersum DC, działa na zlecenie rządu USA, który nie chce, aby opinia publiczna poznała tajemnicę nie do końca legalnych działań militarnych supermocarstwa. Swoją rolę odegra też Joker i jego bombowa niespodzianka, a zaplątaną sprawę starał się będzie rozwiąć Batman, nareszcie dający argumenty, aby nazywać go najlepszym detektywem wśród superbohaterów.

Dysponując galerią tak zróżnicowanych postaci, twórcom „Batman: Atak na Arkham” udało się wzorcowo wręcz wykorzystać zbrodniczy potencjał tkwiący w jednej z wielu inkarnacji „Suicide Squad”. Jay Olivia (już niedługo zajmie się realizacją animacji „Justice League Dark”) oraz Ethan Spaulding, reżyserzy widowiska, opracowali spójną, przemyślaną historię, którą można byłoby scharakteryzować jako trykociarskie heist movie. I właśnie w takim gatunkowym ujęciu zagrało niemal wszystko.

Formowanie drużyny, metodyczne opracowywanie planu, żywiołowo prowadzona akcja i punkt kulminacyjny, który lokuje się mniej więcej pod koniec filmu. Sensacyjno-kryminalny mariaż prezentuje się atrakcyjnie także ze względu na scenerię, osławiony zakład psychiatryczny, tytułowy azyl Arkham. W upiornych przestrzeniach donośnie wybrzmiewają zaś głosy Troya Barkera jako Jokera i Kevina Conroya pod postacią Batmana czy Hynden Walch w osobie Harley Quinn. Melodyjne, szalone „Yahtzee!” potrafi zapisać się w serduszku fana.

Zresztą, nie tylko miłośnicy komiksowego medium będą w różowym humorze. Kolorek nie przypadkowy, bo erotycznych treści i pikantnych nawiązań jest bez liku. Bywa krwawo, brutalnie, ale też zabawnie, w taki szczególnie zwichrowany sposób. Przecież znaczna część filmu rozgrywa się w wariatkowie, po korytarzach którego goni się Człowiek-Nietoperz, bezrobotona psychoterapeutka, kapitan z bumerangiem, komik z zielonymi włosami… A jedną z pomysłodawczń zabawy jest wysoko postawiona funkcjonariuszka rządu światowego mocarstwa. Jest pięknie.

Ale bynajmniej nie aż tak komediowo. „Batman: Atak na Arkham” to historia potraktowana bez żadnych kompromisów. Opowieść mieniąca się bogactwem mitologii DC, z pasjonującą intrygą sensacyjną, którą rozpisano na rasowych antybohaterów. W oczekiwaniu na film „Suicide Squad” („Legion samobójców”), warto doświadczyć animacyjnego szaleństwa zespołu do misji pozornie niemożliwych!

comanche-red-dust-michael-greg-hermann-huppen-twarda-komiks_midi_551089_0001
Poprzedni

Comanche #1: Red Dust - Klasyczny komiksowy western [recenzja]

bourne-5-plot-matt-damon
Następny

Najciekawsze filmy o utracie pamięci [ranking]

Marcin Waincetel

Marcin Waincetel

Absolwent kulturoznawstwa i filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Redaktor portali Paradoks, Booklips i Poltergeist, publikował na łamach magazynu „Coś na progu” oraz Geezmo. Osobowościowo zbliżony ponoć do Johnny’ego Deppa, a także Edgara Allana Poe, zakochany w X Muzie oraz wszystkich możliwych przejawach popkultury.

1 Comment

  1. […] Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Dzika Banda. […]

Dodaj komentarz