Niezbędnik 

Bękarty wojny, czyli zabić Hitlera [recenzja]

13 sierpnia „Ale Kino+” wyemituje „Bękarty wojny”.  Słynny film Quentina Tarantino, w którym twórca „Pulp Fiction”  z werwą opowiada własną zmyśloną wersję drugiej wojny światowej.

O „Bękartach wojny” Tarantino opowiadał jeszcze zanim świat padł mu do stóp. Gdy w jednym z wczesnych wywiadów udzielonych po premierze „Wściekłych psów” (1992) snuł opowieść o przyszłych planach, jeden z wymienionych przez niego tytułów brzmiał „Inglorius Bastards”. Miała to być inspirowana włoskim filmem Enzo G. Castellari „Quel maledetto treno blindato” (znany w Stanach pod tytułem „Inglorius Bastards”)  opowieść o grupie amerykańskich żołnierzy renegatów, którzy podczas drugiej wojny światowej dają wycisk Niemcom. Tarantino twierdził, iż pisze ten scenariusz specjalnie dla Michaela Madsena, zaś grany przez niego bohater będzie nazywał się Buchinsky. Późniejszy twórca „Pulp Fiction” nie wymyślił tego nazwiska przypadkiem – tak brzmiało prawdziwe nazwisko Charlesa Bronsona, jednego z ukochanych aktorów reżysera, któremu w ten sposób chciał oddać hołd.

Niestety projekt „Inglorius Bastards” wylądował na półce, podobnie zresztą jak kontynuacja „Pulp Fiction” która miała być prequelem zarówno do „Pulp…” jak „Wściekłych psów” i opowiadać o losach braci Vega (czyli postaciach granych przez Johna Travoltę w „Pulp” i Michaela  Madsena we „Wściekłych…”). Po nakręceniu „Death Proof” (2007) ogłosił, iż definitywnie zamyka projekt kontynuacji „Pulp Fiction”, bowiem główni aktorzy są zbyt starzy, aby zagrać swoje młodsze wcielenia.  Jednak podczas tej samej konferencji prasowej Tarantino ogłosił, iż powraca do innego dawnego  projektu – „Inglorius Bastards”.

„Bękarty wojny” to przewrotny spaghetti western, którego akcja toczy się podczas drugiej wojny światowej. Żeby nie było wątpliwości, do jakiego gatunku nawiązywać ma film Tarantino mnoży tu westernowe nawiązania.

Dwa lata później słowo stało się filmem a „Inglorius Bastards” miało swoją premierę na festiwalu w Cannes. Tyle, że wtedy już nazywało się „Inglourious Basterds” (Tarantino wprowadził celowe błędy ortograficzne do tytułu, po tym jak żydowskie lobby oprotestowało oryginalny za niby obraźliwy wydźwięk) a z obsady zniknął Michael Madsen zastąpiony przez Brada Pitta. Zmieniło się także nazwisko bohatera z Buchinsky na Aldo Raine (co stanowi nawiązanie do popularnego aktora, który grał w wielu filmach wojennych  Aldo Ray’a). Wcale jednak nie znaczy to, iż Tarantino przestał wielbić Charlesa Bronsona.

W otwierającej film sekwencji kamera pokazuje mężczyznę, który rąbie drzewo przy obejściu domu. W tle widać zbliżających się gości. W takiej samej scenie po raz pierwszy w słynnych „Siedmiu wspaniałych” pojawia się postać grana przez Bronsona. Tyle, że tutaj, gośćmi nie jest próbujący zwerbować do akcji rewolwerowca Yul Brynner, a występny i zły „łowca Żydów” Hans Landa.

Cała ta sekwencja idealnie oddaje klimat filmu i stronę, w którą tym razem nieobliczany Tarantino podążył. Jego „Bękarty wojny” to przewrotny spaghetti western, którego akcja toczy się podczas drugiej wojny światowej. Żeby nie było wątpliwości, do jakiego gatunku nawiązywać ma film Tarantino mnoży tu westernowe nawiązania. A to Niemcy grają w karty, na których pojawia się wizerunek Winnetu, a to jeden z nich krzyczy jestem Old Shatterhand. Oczywiście twórca „Kill Bill” nie ogranicza się do słownych żartów. W „Bękartach wojny” dominuje muzyka z klasycznych włoskich westernów (z upodobaniem przewija się tu motyw z cyklu o „Ringo”) oraz sceny żywcem przeniesione z tamtych filmów (choćby po raz kolejny już w karierze reżysera cytaty z „Death Rides a Horse”).

Akcja „Bękartów wojny” koncentruje się dookoła zamachu na Hitlera, który to ma pojawić się wraz z najważniejszymi nazistowskimi notablami na specjalnym pokazie propagandowego filmu „Duma narodu”. Kino, w którym ma odbyć się pokaz należy do pewnej młodej Francuzki. Ani Hitler, ani planujący na niego zamach tytułowe „Bękarty wojny” nie wiedzą, że ta dziewczyna to tak naprawdę ukrywająca się od lat Żydówka, która także planuje swój zamach.

W „Bękartach wojny” Tarantino po raz kolejny udowadnia tu, że jak mało kto w kinie potrafi tworzyć postacie z krwi i kości. Tak było w „Jackie Brown” tak jest i tu. Dialogi iskrzą się, ale nie ciętymi ripostami a świetnie oddaną charakterystyką postaci. Bowiem postacie tu poznajemy po tym, co i jak mówią. Amerykański cwaniak Raine, to twardziel i cynik ale z zasadami. Od pierwszego pojawienia się głównego złego, czyli Landy wiemy, że jest to dwulicowy typ, który zdradzi nawet tych, dla których pracuje w imię własnego dobra. Zaś dajmy na to Hugo Stiglitz nic nie mówi, bo nie musi – wystarczy raz na niego spojrzeć, żeby wiedzieć kim jest.

Podobnie jak w „Jackie Brown” Tarantino nie szarżuje tu ze swoją miłością do kina i cytowaniem ukochanych scen (tych jest tu kilka) za to koncentruje się na postaciach i historii. „Ten film to moja baśń w realiach drugiej wojny światowej, fantastyczne wyobrażenie tego jak mogłaby się skończyć, gdyby wzięli w niej udział moi żołnierze. Oczywiście najpierw musiałem ich wymyślić, ale teraz jestem pewny, że gdyby istnieli wojna skończyłaby się w 1944 roku” – opowiadał na konferencji prasowej w Cannes Tarantino.

W tej wypowiedzi kryje się klucz do zrozumienia „Bękartów wojny”. Otóż ten film jest tak dobrze wymyślony, że wiarygodny. Wiemy, że tak nie było, wiemy, że Aldo Raine i jego drużyna Bękartów nie istniała. Ale Tarantino opowiada o nich z taką werwą i energią, iż wydają się autentyczni. Co zabawne, jeśli wierzyć zarówno Pittowi jak Tarantino, którzy w Cannes opowiadali o „Bękartach…”, ten pierwszy podpisał kontrakt na zagranie w tym filmie po pijaku. Tarantino ponoć odwiedził go z pięcioma butelkami wina i wyczołgał się ze zgodą. Pittowi miał się urwać film i składanego podpisu nie pamiętał. Jeśli tak było w rzeczywistości to aktor powinien częściej po pijaku angażować się do filmów. Rola Aldo Raine’a to jego najlepszy występ na ekranie od lat. No a czuła scenka z której próbuje mówić po włosku….

Na koniec ciekawostka – Tarantino nie mógł powstrzymać się od oddania hołdu twórcy oryginalnych „Inglorius bastards” Enzo G. Castellariemu – wiekowy reżyser pojawia się u niego w filmie wcielając się w nazistowskiego generała. Castellari ponoć bardzo się tym gestem wzruszył – tym bardziej że jest to hołd podwójny, bowiem dowodzi iż Tarantino bardzo dobrze zna jego film. W oryginale Castellari też grał niemieckiego oficera.

Erich Sokol DB
Poprzedni

Humor z Playboya #3: Erich Sokol [galeria NSFW]

fot. Chad Duerksen
Następny

Erotyczna sesja fotograficzna #1 – Oni żyją [galeria NSFW]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz