Niezbędnik 

Black Sabbath: u bram piekła – szczere do bólu opus magnum Micka Walla [recenzja]

Pisaliśmy ostatnio nieco o Ozzy’m lekarzu, Ozzy’m pisarzu, czas spojrzeć na Księcia Ciemności z innej strony. W najlepszej biografii Black Sabbath, a być może najlepszej swojej książce Mick Wall bezlitośnie ujawnia najczarniejsze sekrety legendarnej grupy.

Czytałem wcześniejsze biografie Sabbatów, oglądałem kilka filmów dokumentalnych, opisywaliśmy biografię Ozzy’ego. Myślałem więc, że nic mnie nie zaskoczy. Srodze się myliłem, a podtytuł „U piekielnych bram” okazał się prawdziwym ostrzeżeniem, nie tanim chwytem marketingowym. Powiedzenie: „lepiej nie poznawać swoich idoli” nigdy nie było tak zasadne.

Black Sabbath są zespołem brytyjskim, ale próżno u nich szukać elegancji i stonowania typowego choćby dla Pink Floyd. Zespół tworzyło czterech sfrustrowanych chłopaków pochodzących z biednej, robotniczej dzielnicy Birmingham, gdzie życie było tak niewiarygodnie beznadziejne, że czasem jedynym sposobem na wyrwanie się z szarej rzeczywistości była droga przestępcza, na którą zresztą bardzo szybko wkroczył Ozzy. Jedynym, który miał w życiu jakieś perspektywy i w miarę zamożnych rodziców, był Tommy Iommi. To ustawiło całą historię grupy na zawsze. Jeśli dorzucić do tego fakt, że Iommi zrezygnował z grania w Jethro Tull, by kontynuować działalność z kolegami z podwórka, oraz zaznaczyć, że przez całą szkołę podstawową znęcał się nad młodszym Ozzym, stanie się jasne, kto od początku rozdawał karty i jak bezlitosny był w prowadzeniu zespołu do wyznaczonego celu. Sam Osbourne przyznaje, że Iommi pięści zawsze miał ciężkie i często, bez ostrzeżenia puszczał je w ruch. Terror wewnątrz grupy, bezlitosny menadżer Don Adner, który potrafił porwać i torturować swoich przeciwników i kilku przestraszonych chłopaków z kompleksami, których nagle wypchnięto na wielką wodę. Wstrząs tym bardziej silny, że przyprawiony eskalacją posthippisowskiej epoki, gdzie alkohol, wszelkiej maści narkotyki i wolna miłość wciąż były na porządku dziennym. Jeśli jednak przeczytacie o imprezach Led Zeppelin, Deep Purple i Black Sabbath, możecie się naprawdę przerazić, bowiem często muzycy poszczególnych formacji przekraczali wszelkie normy społeczne i moralne rozpędzając się daleko poza wszelką normalność. Nałogi zaś doprowadziły większość ekipy Sabbatów do utraty kontaktu z rzeczywistością, stoczenia się wprost niżej niż uliczni kloszardzi. Bo jak ocenić radość mangamentu, gdy do grupy dołączył Dio, że wreszcie w zespole jest ktoś, kto będzie w stanie udzielać wywiadów i jest gwarancja, że w jego trakcie nie zaśnie lub… nie narobi w spodnie? Jak wytłumaczyć, że na porządku dziennym było „żartobliwe” podpalanie przez Iommiego jednego z muzyków? Podpalanie, które skończyło się w końcu wizytą w szpitalu z bardzo ciężkimi obrażeniami. Krótko mówiąc, szybko okazuje się, że nie tylko Ozzy był jedynym świrem w grupie, całe towarzystwo przyszłych bogów rocka łamało wszelkie normy moralne. Bywało wstrząsająco, ale i zabawnie. Wstrząsające momenty zmilczę, ale co powiecie na ucieczkę Geezera Butlera przed burdą wywołaną przez Giliana i ukrycie się po pijaku przed policją… w radiowozie?

Nie miałem do czynienia z biografią tak szczerą i prawdziwą, w której uśmiech politowania miesza się autentycznym humorem, a niedowierzanie z  olbrzymim zażenowaniem i niesmakiem.

„Black Sabbath: U bram piekła” to bardzo szczegółowa i obszerna historia grupy, która zmieniła historię rocka, a później na skutek ekscesów nałogowych i bezmyślnej pogoni za pieniądzem rozmieniła swą markę na drobne. W tej książce znajdziecie przyczyny tego upadku i mozolną drogę ku odbudowie wizerunku, za którą w większości odpowiedzialna jest Sharon Osbourne, żona Ozzy’ego, która od lat wspiera karierę męża. Mogę tylko ponarzekać, że skoro opisano solową karierę Osbourne’a (skupiając się jednak na jej początkach), to zupełnie zmilczano solowe albumy Iommiego i Butlera. Dziwi to tym bardziej, że historię solową Dio opisano aż do tragicznego, smutnego, ale i wzruszającego końca.

Ciekawostką jest również dystans autora do twórczości opisywanych idoli. Wybitnie i słusznie wychwala pięć pierwszych płyt, docenia albumy nagrane z Dio, ale większość nazywa wprost zbędnymi, niepotrzebnymi, nieudanymi.

Osobną sprawą są drobne lub większe wpadki redakcyjno-korektorskie, z których najdziwniejszą była wzmianka o nagrywaniu przez Gilliana i Sabbatów „osiemnastego” (!) albumu studyjnego. Są to jednak drobiazgi, które nie wpływają szczególnie na odbiór tej niezwykłej lektury. Niezwykłej, bo chyba nigdy dotąd nie miałem do czynienia z biografią tak szczerą i prawdziwą, w której uśmiech politowania miesza się autentycznym humorem, a niedowierzanie z olbrzymim zażenowaniem i niesmakiem. Mimo wszystko jednak, jest to biografia ciężka i mroczna jak muzyka Black Sabbath. Wspaniale wydana (twarda oprawa, tłoczone litery) – idealnie nieidealny obraz zespołu.

//

Agora
Poprzedni

Dziady [fragment]

Egmont
Następny

Wieczne zło - źli kontra jeszcze gorsi [recenzja]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

2 Comments

  1. Anonim
    2016-02-04 at 14:28 — Odpowiedz

    rozdrobniła swą markę na drobne. brrr

  2. Ruj
    2016-02-04 at 18:11 — Odpowiedz

    Drobne lub większe wpadki redakcyjno-korektorskie jednak wpływają na odbiór lektury…

Dodaj komentarz