Niezbędnik 

Control, czyli kronika zapowiedzianej śmierci [recenzja]

Wstrząsająca czarno-biała opowieść o życiu i samobójstwie Iana Curtisa „Control” to najlepszy film biograficzny ostatnich lat i zarazem dowód na ponadczasowość i nieśmiertelność muzyki Joy Division.

Niedzielnego poranka  18 maja 1980 roku Ian Curtis, wokalista zdobywającej coraz większą popularność brytyjskiej grupy Joy Division obudził się ze strasznym kacem. Przez całą noc wypił wielką butelkę whisky. Kacowe przygnębienie spotęgował obejrzany wcześniej depresyjny film Warnera Herzoga „Stroszek” – opowieść o mężczyźnie uwikłanym w romans z dwoma kobietami. Curtis doskonale wiedział, co czuł bohater Herzoga. W końcu sam miał żonę i kochankę i nie mógł zdecydować, którą kobietę wybrać.

Zatem na gigantycznym kacu, tuż po ataku padaczki, na którą od lat chorował, Curtis idzie do kuchni. Angielskie domy, choć z zewnątrz wyglądają okazale w środku są bardzo małe. Dlatego suszarnia na ubrania w domu Curtisa znajdowała się nie w mikroskopijnej łazience a w kuchni. Wokalista okręcił sobie na szyi sznur, uwolnił żelazne kraty suszarki i zawisł. Nazajutrz rano jego zespół miał wyjechać na pierwszą trasę koncertową po Stanach Zjednoczonych.

Te sceny zamykają „Control” wstrząsający czarno-biały film o życiu i samobójstwie Iana Curtisa zrealizowany przez jego dobrego znajomego Antona Corbijna – wybitnego fotografa (to on zrobił zdjęcie zdobiące okładkę U2 „The Joshua Tree”) i reżysera teledysków (m.in. „Heart Shaped Box” Nirvany).

„Control” debiut reżyserski fotografa  nie jest zatem kolejnym zwykłym filmem biograficznym a hołdem oddanym koledze i spłatą długu jaki Corbijn miał wobec muzyka – bez którego nie byłoby jego kariery. Corbijn poznał Curtisa w 1979 roku, kiedy jako młody holenderski fotograf zafascynowany muzyką Joy Division przyjechał do Anglii. Ian był jedną z pierwszych osób jakie fotografował, a jego teksty i muzyka na zawsze odmieniły życie Holendra.

Dziś za jedno zdjęcie Corbijn zarabia setki tysięcy dolarów, nie byłoby jednak tej kariery gdyby nie zespół z Manchesteru i jego debiutancka płyta „Unknow Pleaures”. Dlatego zresztą połowę budżetu filmu – 2 i pół miliona Euro, Corbijn wyłożył z własnej kieszeni. Opłaciło się. Powstał, bowiem film niezwykły i chwytający za serce. Dziennikarze z „The Guardian” uznali „Control” za najlepszy film roku podobnego zdania byli jurorzy BIFA (Brytyjskie Niezależne Nagrody Filmowe) wyróżniając go nagrodą za najlepszy film niezależny roku i najlepszą reżyserię.

Na czym polega siła „Control” i co zachwyca w tym filmie krytyków i widzów? Otóż Corbijn w przeciwieństwie do twórców cukierkowych filmowych biografii Ray’a Charlesa („Ray”) czy Johnny’ego Casha („Spacer po linie”) pokazuje w swoim filmie nie ikonę muzyki i boga rocka a zwykłego człowieka. Ian Curtis w „Control” to młody (gdy popełnił samobójstwo miał zaledwie 23 lata) chłopak, który próbuje być muzykiem. A nie radzi sobie – zarówno z popularnością jak i codziennym życiem. Wplątany w romans, chory na padaczkę i coraz mniej przekonany do własnej muzyki odbiera sobie życie.

Corbijnowi świetnie udało się uchwycić moment załamania zmęczonego sobą człowieka. I to w filmie powala – autentyczne, wiarygodne psychologicznie zatracenie się bohatera, które w efekcie prowadzi go do zawiązania sobie na szyi sznura. Depresyjny nastrój filmu potęgują świetne czarno-białe kadry pokazujące beznadziejność egzystencji w szarym brudnym Manchesterze końca lat 70. oraz ponadczasowa muzyka Joy Division.

Poza ukazaniem dramatu zagubionej jednostki film Corbijna to także świetny obraz tłumaczący fenomen Joy Division – unikalność i odmienność ich muzyki. W czasach gdy debiutowali muzycznym przemysłem rządził punk rock. Na tle anarchistycznych tekstów i agresji Sex Pistols, lewackich manifestów The Clash, Joy Division było zupełnie nową muzyczną jakością.

Łącząc w sobie punkową energię z depresyjnymi tekstami Curtisa o rozpadających się małżeństwach, („Love Will Tear Us Apart”) samotności w pustym mieście („Shadowplay”), epilepsji („She’s Lost Control”),  zdradach i życiu w kłamstwie  („Isolation”) –  jego ulubione wyrażenia to: depresja, ciemność, utrata kontroli, upadek, kryzys, życie pod presją –  stworzyli egzystencjalną odmianę rocka, w która zamiast bawić czy (jak w przypadku Sex Pistols) być wyrazem buntu – była zapisem udręczonych myśli, zadręczonego człowieka.

Samobójcza śmierć Curtisa tylko wzmocniła ponury wydźwięk jego tekstów i stworzyła mit Joy Division. Bo chociaż wraz z tragiczną śmiercią swojego wokalisty zespół zakończył działalność (ich największy przebój „Love Will Tear Us Apart” oraz druga płyta „Closer” ukazały się już po śmierci muzyka i rozpadzie zespołu) – i tak stał się legendą, a Curtis obok (swojego ukochanego) Jima Morrisona, Jimi Hendrixa i Janis Joplin tragicznym, przedwcześnie zmarłym bohaterem rocka.

Dziś Joy Division to ikona depresyjnego rocka – grupa, bez której nie byłoby kariery Bauhaus czy The Cure. Bono z U2 na debiutanckiej płycie swojej grupy „Boy” nagrał piosenkę „A Day Without You” – o samobójstwie Curtisa, a w wydanym wywiadzie rzece „Bono o Bono” wyznał, że „nie ma mroczniejszego miejsca w muzyce niż Joy Division. Słuchając ich wątpisz w jasność, Boga, tracisz chęć życia”. Do fascynacji Curtisem przyznaje się były gitarzysta Red hot Chili Peppers – John Frusciante, spec o popowej elektroniki Moby a także nowe młode zespoły jak Interpol, Editors czy Bloc Party. Zresztą popularność tych trzech ostatnich sprawiła, że powróciła moda na słuchanie Joy Division.  Widać ją nawet w Polsce –  kilka lat temu wydano u nas „Warszawa. A Tribiute to Joy Division” gdzie numery zespołu grały takie grupy jak Tymon & The Transistors, Komety czy Ścianka. Po utwory Joy Division w swoich sztukach sięga często także znany polski reżyser teatralny Jan Klata. Moda na ten zespół, chociaż nie istnieje on od ponad 30 lat jak widać nie przemija.

Warto zaznaczyć, że po rozpadzie Joy Division, koledzy Curtisa: Bernard Sumner, Peter Hook i Stephen Morris założyli nowy zespół – New Order. Muzyka, którą grali była już jednak zupełnie inna. Punkową zadziorność połączyli z tanecznymi rytmami stając się przy tym prekursorami sceny house czy modnego ostatnio electro punk. I mimo to, że New Order uznawane jest powszechnie za najważniejszy zespół brytyjski lat 80. nie ulega wątpliwości, że nigdy nie osiągnęliby statusu gwiazd bez śmierci Curtisa. Paradoksalnie muzyk odbierając sobie życie, stworzył ikonę Joy Division i New Order.

Niestety na swojej muzyce za życia Curtis nic nie zarobił. Chociaż Joy Division grało trasy koncertowe po całej Europie, a piosenki coraz częściej pojawiały się w radiach, wokalista zmarł będąc biedakiem. Gdy żona Deborah (na podstawie jej wspomnień powstał scenariusz do „Control”) dowiedziała się o jego romansie zażądała rozwodu, a Curtis wyprowadził się w domu. Przez kilka tygodni spał to u znajomych to u rodziców. Osierocił roczną córkę Natalie.

Pokój
Poprzedni

Pokój - cały świat w czterech ścianach [recenzja]

vhm alex / Dzika banda
Następny

Quentin Tarantino – co zjeść, kogo wyreżyserować i jak zniszczyć Tokio

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz