Niezbędnik 

Dwanaście prac Asterixa – genialne wariactwo [recenzja]

O dwójce walecznych Galów, którzy stawiają czoła całemu Cesarstwu Rzymskiemu słyszało się nie raz, nie dwa. A co z ich frywolną wyprawą na Wyspę Rozkoszy? I szalonymi zmaganiami z biurokracją? To już fragment rzeczywistości znanej z animacji „Dwanaście prac Asterixa”, która w tym roku obchodzi swoje 40-lecie. Czas zatem przypomnieć perełkę.

Co by nie mówić – historia jest naprawdę oryginalna. Nie tylko ze względu na zmodyfikowaną wersję mitu o Herkulesie, ale również fakt, że scenariusz do filmu nie powstał w oparciu o żaden istniejący ówcześnie komiks. Czy komiksowa poetyka nie jest zatem wyczuwalna? Ależ skąd! Pracą nad produkcją z 1976 roku podjęli się bowiem Rene Goscinny oraz Albert Uderzo, autorzy serii „Asterix”.

Francuscy twórcy postanowili się zatem pobawić i poeksperymentować, jako że świat z „Dwunastu prac Asterixa” jest rzeczywistością nieco alternatywną względem kanonicznych historii obrazkowych. Rzymianie nie są na przykład świadomi istnienia magicznego napoju Galów, element magiczny łączy się zaś z absurdem, choćby dlatego, że przejście ze starożytnej Jaskini prowadzi wprost na jedną ze stacji paryskiego metra… Goscinny i Uderzo opracowali nietypowe widowisko atrakcji.

Zresztą, już główne założenie fabularne otwiera duże pole do twórczych popisów. Rzymianie uważają, że skoro Galowie są niepokonani, to muszą być bogami. Aby obalić lub potwierdzić tezę ustalono zakład: Asterix i Obelix wykonają nietypowe prace na wzór misji Herkulesa. Jeśli się im uda – wieczna cześć i chwała. W innym przypadku – mniej optymistyczny finał, a później napisy końcowe.

A jak już nadchodzi koniec, to pojawia się smutek i pytanie. Tylko dwanaście prac?! Koncepcje są na tyle szalone i barwne, że równie dobrze można byłoby je rozłożyć na cały cykl. Animacja ma zaś kilkanaście mikro-rozdziałów poświęconych oddzielnym zadaniom. Na początku są zatem olimpijskie konkurencje oparte na prostych gagach, z czasem jednak zwiększa się trudność. Konsultacje z egipskim psychoterapeutą-hipnotyzerem? Stołowanie się u belgijskiego szefa kuchni? A później…

Crème de la crème, trzymając się kulinarnej terminologii, czyli wizyta na Wyspie Rozkoszy, gdzie miłosne sidła przygotowane są przez syrenie piękności, a nade wszystko skomplikowane zadanie w urzędzie. Antycznym, ale w którym zasady i funkcjonowanie przypomina dom wariatów. Czyli zupełnie jak dzisiaj, współcześnie. Druczek, podbicie, dodatkowe dokumenty, formularze, jeszcze jeden aneks do umowy i konsultacje sympatycznych pracowników. Aby żyło się lepiej!

Właśnie na takich elementach obudowana jest ta historia. Kontrolowane szaleństwo, absurdalny humor i parodystyczny charakter, czyli esencjonalna część komiksów z serii „Asterix”. Przefiltrowanie współczesnych zachowań i obyczajów przez formułę rozrywkowej opowieści w czasach starożytnych, to doskonałe pomysły, które sprawdzają się w standardowym przedziale od 9 do 99 lat. Czysta radość, a przy tym świetna realizacja – komiksowe prace ożywione w formie animacji.

„Dwanaście prac Asterixa” zawiera także smaczki dla koneserów, jak choćby karykaturalne przedstawienie Brigitte Bardot pod postacią bogini Wenus. Piękno, pomysłowość i fantazja, która zdaje się być nieśmiertelna. Pozycja do obowiązkowego przestudiowania.

Uroboros
Poprzedni

Nie daj się oprzeć Naciskowi [konkurs]

Egmont
Następny

Uncanny Avengers #1: Czerwony cień - cień rozczarowania [recenzja]

Marcin Waincetel

Marcin Waincetel

Absolwent kulturoznawstwa i filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Redaktor portali Paradoks, Booklips i Poltergeist, publikował na łamach magazynu „Coś na progu” oraz Geezmo. Osobowościowo zbliżony ponoć do Johnny’ego Deppa, a także Edgara Allana Poe, zakochany w X Muzie oraz wszystkich możliwych przejawach popkultury.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz