Niezbędnik 

Hellsing – kultowe anime o najsłynniejszym wampirze [recenzja]

Jeśli macie już dość wampirów przedstawianych przez popkulturę jako smętnych, bladolicych młodzieńców wpatrujących się maślanym wzrokiem w zapłakane pannice – to musicie jeszcze trochę poczekać na zmianę trendu. Albo powspominać produkcje sprzed paru lat. Na przykład „Hellsinga”.
To pierwszemu występowi Alucarda w telewizji zawdzięczamy popularność całej marki i status „kultowego wampira”.

Jednym z najsłynniejszych krwiopijców dostarczonych przez współczesną kulturę jest bez wątpienia Alucard. Tajemniczy, szykowny, spoglądający zza gustownych okularów-Lenonków, w czerwonym kapeluszu i płaszczu, pod którym skrywa dwie potężne giwery przeznaczone do kasowania plugastwa. Nawet jeśli nie wiecie, kim jest i nie śledziliście jego przygód, na pewno spotkaliście się z wizerunkiem wampira. Swego czasu był dosłownie wszędzie. Na grafikach, koszulkach, bannerkach, avatarach na każdym geekowskim forum.

Mangę Kohty Hirano przenoszono na ekran dwukrotnie. Po raz pierwszy uczyniła to telewizja Gonzo (w Polsce poznaliśmy anime dzięki Hyperowi), w 2001 roku. Stacja zaproponowała widzom luźną adaptację, gdyż w trakcie produkcji wciąż powstawały kolejne rozdziały komiksu. Pewnie dlatego fani wyżej stawiają wydaną parę lat później wersję OVA, niemal kurczowo trzymającą się rozwiązań zastosowanych na papierze. Zapominają jednak, ile zawdzięczają poprzedniej wersji…

„Hellsing” opowiada historię tytułowej agencji do spraw paranormalnych działającej z ramienia Jej Królewskiej Mości. Głównymi wrogami organizacji są wampiry, które ostatnimi czasy przejawiały wzmożoną aktywność. Fabuła rozpoczyna się w momencie, gdy nad Brytanię nadciągają czarne chmury – obok krwiopijców pojawiają się też przedstawiciele katolickich fanatyków walczących z protestantami. Przywódczyni Hellsinga, Integra, wyciąga więc z rękawa najpotężniejszego asa. Wysyła na łowy potężnego Alucarda. Elegancki wampir podczas jednej z misji ratuje ciężko ranną policjantkę, zamieniając ją w przedstawiciela swojego rodzaju.

Historia w serialu do dziś może uchodzić za bardzo klimatyczną i wciągającą, choć już po kilku odcinkach wyłażą dziury logiczne w sporych ilościach, zaś klimatyczny horror wymieszany z kryminałem skręca w kierunku akcji. Jest to jednak grzech wszystkich oblicz „Hellsinga” – wszystkie ścieżki wiodą do epickich starć z bossem. Atrakcyjność pojedynków w starszym serialu polega na fakcie, że przekoksy stoją po obu stronach – i ciężko rozsądzić, kto przejawia więcej okrucieństwa. Inna rzecz, że to właśnie wtedy scenariusz pokazuje, co kryje czarne serce Alucarda. Jego skrywaną agresję, pogardę dla istot innych niż ludzie. Widzicie, średnia fabułka skrywa kilka ciekawych pomysłów i przemyśleń. Najważniejszym z nich jest wiara w człowieka, wyrażana w bardzo Alucardowy sposób – wampir za godnego przeciwnika uznaje jedynie człowieka. Ciężko dziś o większego humanistę.

Protagonista ani przez chwilę nie traci jednak tego gniewnego, sadystycznego pazura, którym rozsławił swój wizerunek. Nawet jeśli gdzieś tam na obrzeżach jego osobowości kryje się romantyczna nuta, to nie niszczy obrazu bezwzględnego drapieżnika, który z radością rusza na polowanie.

W Alucardzie esencjonalnym pozostaje bowiem to, co pozwoliły sobie odebrać bardziej współczesne wampiry z młodzieżowych romansów i innych inkarnacji opowieści grozy. Wewnętrzna bestia skryta za wiktoriańską elegancją. Bo choć teoretycznie facet służy tym dobrym, nawet przez moment nie wychodzi z roli zwierzęcia gotowego, by skoczyć i rozszarpać komuś gardło. A jego śmiech powinien przejść do kanonu złowieszczego rozbawienia.
No dobrze, ale głupich anime z fajnym bohaterem Ci u nas dostatek. Czym więc wyróżnia się spośród podobnych produkcji? Po pierwsze przyjemną, lekką kreską i animacją. Rysunki są bardzo precyzyjne i po prostu… ładne. Zachowują klimat klasycznych opowieści grozy, skąpanych w deszczu i osnutych mgłą. Tu i tam odstają od projektów wyciągniętych z mangi, ale zachowują większą spójność. Do tego dochodzi muzyka. To jeden z najlepszych soundtracków w historii seriali animowanych, jaki słyszałem. Nasze uszy uraczono mroczną, nonszalancką mieszaniną rocka, jazzu i bluesa. Mieszaniną, która buduje idealny nastrój dla starć nadnaturalnych istot w zaułkach Londynu. Co więcej, tej muzyki można spokojnie słuchać jako osobnej płyty, bez związku z serialem.

Słowem – widzowie dostają do rąk głupiutki, ale bardzo smaczny, krwisty cukiereczek. Tyle że ten głupiutki cukiereczek poza rozrywkową – pełni jeszcze jedną funkcję. Udowadnia, jak potężne potrafią być fundamenty popkultury budowane na europejskich opowieściach grozy. „Hellsing” pełnymi garściami czerpie z kiczu, pulpy (w pewnym momencie do gry wchodzą wampiry-naziści…) i estetyki starych, dobrych powieści groszowych. To wyraz fascynacji Japończyków względem tego, co na przestrzeni ostatnich stu lat wygenerowano na Starym Kontynencie i okolicach. To również głęboki ukłon wobec czasów, kiedy Bram Stoker fantazjował na temat Drakuli, a fani molestowali Conan Doyle’a o powrót Sherlocka Holmesa. I właśnie dzięki tym wszystkim cechom, serial broni się nawet po piętnastu latach od wypuszczenia w świat.

Oczywiście, zaraz podniosą się głosy, że przecież wersja OVA (lub Ultimate, jak nazywają inni) robi to samo, tylko daje więcej treści, ciekawych bohaterów, walk i tropów kulturowych. Owszem, daje, ale pozostaje przy tym niesamowicie męczącą produkcją, w dodatku dużo brzydszą i z gorszą muzyką. Nie potrafi utrzymać tempa, pokazuje przeciągnięte, męczące sceny bitew, których po jakimś czasie mamy zwyczajnie dość. Cała treść, która mogłaby nas autentycznie zaintrygować upchnięto w przegadanych ekspozycjach. Nie powiem, kilka aluzji wzbija się na szczyt błyskotliwości, a rozwiązanie akcji jest bardziej liryczne i nastrojowe – ale nie wynagradza całości. Tymczasem już kilkakrotnie spotkałem się z tendencją do jechania po starszym serialu jak po burej suce, „bo to zła adaptacja była”. Bzdura. Niewierna – na pewno, ale nie ona pierwsza i nie ostatnia. Pomijając spory o jakość obu animowanych podejść – zapominamy często o najważniejszym. To pierwszemu występowi Alucarda w telewizji zawdzięczamy popularność całej marki i status „kultowego wampira”. Niezależnie zresztą, za którą opcją się opowiadają odbiorcy, łączy ich jedno. Uwielbienie do postaci, która dzielnie broni pierwotnego wizerunku krwiopijcy.

Gmork
Poprzedni

Bez znieczulenia - Idealna satyra na trzeźwo [recenzja]

Mankind divided
Następny

Najciekawsze gry cyberpunkowe [ranking]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz