Niezbędnik 

Jack Frost – czekając na zimę [recenzja]

Jack Frost w anglosaskim folklorze to taki sympatyczny chochlik, chłopak psotnik co to zasuwa okna szronem, tworzy sople i wywraca dzieci na ślizgawkach. Bywa że przypisuje się mu funkcję pomocnika Świętego Mikołaja, a w bajce „Strażnicy marzeń” Jack jawił się jako chłopiec, który ocalił Boże Narodzenie. Był jeszcze wzruszający film rodzinny „Jack Frost” z Michaelem Keatonem, który pod postacią bałwanka powrócił z zaświatów pomagać swojemu synkowi. Ale nas taki Jack nie interesuje… Jest bowiem jeszcze jedno oblicze Frosta, które niewiele wspólnego ma z rodzinną atmosferą i ciepłem świąt. I tego Jacka lubimy najbardziej.

Zima idzie. Ale zanim ulepisz bałwana upewnij się czy, aby w twojej okolicy psychopatyczny seryjny morderca nie został oblany kwasem i nie roztopił się na śniegu.  „Jack Frost” zaczyna się jak rasowy thriller. Ciężarówka przewożąca groźnego zabójcę Jacka Frosta mknie przez zaśnieżone ulice wielkiego miasta.  Nagle traci przyczepność i zderza się z nadjeżdżającym z na przeciwka samochodem. Jack niemal ucieka. Niemal, bowiem na chwilę przed tym jak ma zabić strażnika zostaje oblany tajemniczą żrącą substancją i dosłownie topnieje na śniegu. Po jego śmierci okolica oddycha ze spokojem. Morderca, bowiem terroryzował mieszkańców miasteczka od lat a teraz nareszcie nastanie spokój. Tylko czy aby na pewno? Niebawem okazuje się, iż substancją, którą został oblany była genetycznie zmutowana a kawałki DNA naszego Jacka zmieszały się ze śniegiem. Kiedy jeden z dzieciaków ulepi bałwana rozpocznie się rzeź, jakiej miasteczko nie widziało.

Tak, to nie żart. Zabójczy bałwan będzie zamrażał ludzi, rozszarpywał ich swoimi śnieżnymi pazurami, strzelał do nich soplami a także w jednym przypadku próbował odbyć stosunek płciowy za pomocą marchewki. Oglądając „Jacka Frosta” można dosłownie umrzeć ze śmiechu, choć zapewne jego twórcy takiej reakcji widzów nie przewidzieli. Gdy po premierze film od razu okrzyknięty został dziełem kultowym jego reżyser nakręcił część drugą  „Jack Frost 2: Return of the Mutant Killer Snowman” w której naszego bałwana wspomagają m.in. zabójcze śnieżki. Przysięgam na wszelkie świętości – oba filmy są tak złe, że aż piękne. Polecam przede wszystkim w sytuacji, gdy życie przygniata. To idealne antidotum na stres. A potem od razu polecam  sięgnijcie po „Gingerdead Man” w reżyserii Charlesa Banda.

Cinemax
Poprzedni

PRZEZ STANY POPŚWIADOMOŚCI – DZIENNIK POKŁADOWY (X)

Geffen
Następny

Album-widmo, czyli płyty wiecznie w drodze

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz