Niezbędnik 

Misery – przekleństwo bycia pisarzem [recenzja]

Tak jak pierwszą dekadę bytności Kinga w kinie (1976-1986) Rob Reiner w kapitalny sposób zamykał swoim „Stań przy mnie”, tak i w kolejnej dekadzie uratował on honor twórcy „Martwej strefy”. Mowa oczywiście o ekranizacji „Misery” – pierwszej od czasu wspomnianego filmu Reinera ekranizacji prozy Kinga, którą absolutnie z ręką na sercu można nazwać genialną. Ale po kolei.

Powieść „Misery” została napisana w 1986 roku, tuż po wydaniu „To”. W zamyśle autora „To” miało zamykać w jego twórczości okres pisania powieści grozy.  Najpierw zatem ukończył on powieść fantasy „Oczy smoka” (napisaną dla córki), a potem zaczął pracę nad „Misery”. W 1986 roku King był już literackim bogiem, miał miliony swoich wyznawców, którzy niestety coraz bardziej utrudniali mu życie. Byli wszędzie. Zaczepiali go w sklepach, wystawali pod domem, zaglądali do tych samych knajp, w których siadał. Powoli, ale skutecznie, King poznawał ciemną stronę sukcesu. Wtedy wpadł na pomysł, aby w literacki sposób ograć to, co sam przeżywał. Tak narodził się Paul Sheldon, główny bohater „Misery”, autor bestsellerowych romansów, który postanawia dokonać gwałtownej wolty stylistycznej. W odciętym od świata hotelu pisze nową powieść, a tuż po jej ukończeniu wyjeżdża do swojego wydawcy. Pech chce, że podczas drogi rozpętuje się śnieżyca, a samochód Paula wpada w poślizg i ląduje w rowie. Od zamarznięcia ratuje go Annie Wilkes, pozornie sympatyczna kobieta, która okazuje się być wielką fanką romansów, które pisze Paul. Ze złamanymi nogami Sheldon trafia do domu Annie, która, jak się okazuje, przez lata była pielęgniarką. Ponieważ drogi są nieprzejezdne, Paul jest zdany na opiekę kobiety. Kłopoty zaczynają się w chwili, gdy Annie zaczyna czytać nowy maszynopis Sheldona…

Co ciekawe, „Misery” miała być powieścią o wiele bardziej okrutną. Annie Wilkes miała zabić Paula Sheldona, nakarmić nim swoją świnię Misery.

W zasadzie zbyt wiele się tu nie dzieje. Mamy tylko parę zamkniętą w domu na pustkowiu. To jednak wystarczyło Kingowi do stworzenia jednego z najbardziej klaustrofobicznych współczesnych horrorów. Choć, ponieważ nie ma tu elementów nadprzyrodzonych, powieść często przez gatunkowych purystów wrzucana jest do worka z thrillerami. Sam King zresztą miał problem z gatunkową przynależnością powieści (chociaż sam chciał przecież zmienić swój wizerunek) i początkowo planował wydać ją pod pseudonimem Richard Bachman. Zrezygnował jednak z tego pomysłu, i dobrze. Bowiem „Misery” okazała się pierwszą książką Kinga docenioną przez „poważnych” krytyków z „New York Timesa”.

Co ciekawe, „Misery” miała być powieścią o wiele bardziej okrutną. Annie Wilkes miała zabić Paula Sheldona, nakarmić nim swoją świnię Misery – nazwaną na cześć bohaterki jego książek – a z jego skóry zrobić okładkę książki, którą dla niej napisał. I to byłby prawdziwy horror. Choć na brak krwawych scen książkowa „Misery” narzekać nie może. Paul Sheldon ma tam amputowaną nogę, a Annie zabija ludzi w dość okrutny sposób.

Kiedy Reiner zabrał się za adaptację powieści, od razu zaznaczył, że jego film ma być pozbawiony wszelkich gorowych elementów. U niego siłą napędową opowieści miała być nie eskalacja przemocy, a powolny szachowy pojedynek, jaki rozgrywają między sobą kat i ofiara. I trzeba przyznać, że był to absolutny strzał w dziesiątkę.

Tak subtelnie skonstruowany film jeszcze mocniej uwypuklił także to, co King przez dwadzieścia lat skrzętnie ukrywał przed światem (i po części samym sobą) – fakt, iż opowieść o dręczącej bohatera psychopatce to tak naprawdę metafora uzależnienia, z którym zmagał się pisarz. Dopiero dwie dekady po premierze filmu King powiedział to oficjalnie w wywiadzie.

Czułość, z jaką Reiner pokazuje uczucie sędziwych już ludzi, stanowi idealny kontrapunkt dla obłędu Annie.

W 1990 roku King obchodził pierwszą rocznicę trzeźwości. Pił przez blisko lat trzydzieści, ćpał całą dekadę. „Misery” powstała w okresie, gdy sięgał dna. W zasadzie przez cały czas wówczas był w alkoholowym ciągu, a na nogach utrzymywały go grube, hurtowo wciągane kreski kokainy. To, że udało mu się w ogóle przetrwać drugą połowę lat osiemdziesiątych, można zaliczyć do kategorii małych cudów. Kiedy zatem spojrzymy na Misery z tej perspektywy, należy ją uznać za jedno wielkie wołanie o pomoc. Lub, jeśli ktoś woli, doskonałe opisanie stanu uwięzionego przez używki umysłu. Annie Wilkes to zatem nic innego jak alkohol, który więzi bohatera i każe mu robić rzeczy, na które nie ma ochoty, ale musi je zrobić. Każda próba ucieczki skazana jest na porażkę dopóty, dopóki Sheldon nie odnajdzie w sobie prawdziwej siły. W zakończeniu filmu oraz powieści udaje mu się ją odnaleźć, ale sam King potrzebował na to kilka lat i co najmniej jednej nieudanej próby ucieczki od uzależnień.

Wracając już do samego filmu, warto zwrócić w nim uwagę na jeszcze jeden element – kapitalnie poprowadzony wątek podstarzałego szeryfa i jego napalonej żony. Czułość, z jaką Reiner pokazuje uczucie sędziwych już ludzi, stanowi idealny kontrapunkt dla obłędu Annie.

Co ciekawe, hollywoodzcy gwiazdorzy nie widzieli potencjału w tej historii i masowo odmawiali zagrania Paula Sheldona. Z roli zrezygnował Jack Nicholson (po traumie jaką przeżył na planie „Lśnienia” uznał, że więcej w ekranizacji Kinga nie zagra), Warren Beaty (który nawet był skłonny zagrać, ale pod warunkiem, że Reiner zmieni charakter bohatera z ciepłych kluch na twardziela), Al Pacino, Robert de Niro, Robert Redford, Gene Hackman, Harrison Ford, Michael Douglas, Dustin Hoffman oraz William Hurt. Temu ostatniemu ponoć propozycję składano dwa razy. W efekcie rola trafiła do Jamesa Caana, który stworzył tu jedną z najwybitniejszych kreacji w swojej karierze. No a Kathy Bates… Kathy Bates, dzięki Annie Wilkes, z nikomu nieznanej aktorki stała się ikoną i wielką gwiazdą. Za swoją rolę zresztą otrzymała Oscara. Jak do tej pory jest to jedyny Oscar, jakiego otrzymał film oparty na prozie Kinga.

Mateusz Kołek [Dzika Banda] 32
Poprzedni

Mateusz Kołek - alternatywne, zafiksowane światy [galeria]

HBO
Następny

The Brink - beka z polityków [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz