Niezbędnik 

Nazajutrz – maksymalny realizm postapo [recenzja]

Film, który był pierwszą poważną próbą uzmysłowienia politykom do czego doprowadzić może wojna nuklearna. Do dziś „Nazajutrz” jest najczęściej oglądanym filmem telewizyjnym ale też i najpopularniejszym w historii, o czym świadczy widownia na poziomie sto milionów widzów.

Twórca „Nazajutrz” Nicholas Meyer w Polsce jest postacią kompletnie nieznaną, tymczasem w USA to człowiek legenda. Jedna z najbardziej zasłużonych postaci w historii filmowej fantastyki i twórca, który uratował istnienie serii „Star Trek” (to on nakręcił i w zasadzie napisał „Gniew Khana” i odpowiadał za kolejne kinowe części serii). „Nazajutrz” powstało w chwili, gdy Meyer po przepisaniu na nowo „Gniewu Khana” został pupilem Paramount Pictures. Mógł wówczas zrealizować każdy projekt, a on wpadł na pomysł przewrotny… Postanowił nakręcić katastroficzny film, który byłby nie tyle wizją postapokaliptyczną Ameryki po wojnie nuklearnej a najbardziej prawdopodobnym scenariuszem tego w co zamieni się państwo. Dlatego też Meyer w „Nazajutrz” porzucił zupełnie elementy fantastyczne. Nie ma tu żadnych tajemniczych wirusów (jak choćby we wcześniejszym epickim „Bastionie” Kinga), nie ma mitycznej walki między dobrem a złem. Jest za to bardzo realny scenariusz eskalacji konfliktu między wojskami NATO a Układem Warszawskim zakończony atomowym Armagedonem.

„Nazajutrz” jest filmem który nie pozostawia nadziei. Nawet poród z symbolu nowego życia zamienia się w symbol niewiadomej. Nic nie ocalało. Miłość umarła, nadzieja odeszła.

Tyle że samych konfliktów i napięć między mocarstwami nie widzimy. Meyer opowiada nam o nich za pomocą znajdujących się w pobliżu bohaterów radioodbiorników, włączonych telewizorów. Osią fabularną „Nazajutrz” nie jest zatem konflikt a zwyczajne życie ludzi na amerykańskiej prowincji, których mało obchodzi to co dzieje się gdzieś w odległym podzielonym murem Berlinie. Poznajemy farmerów, którzy dbają o plony, naukowców, zwyczajnych nastolatków, którzy ukrywają przed rodzicami prezerwatywy i wymykają się nocami uprawiać seks. Ot zwykłość, jaką znamy i jaka nas nie dziwi. Tyle że w pewnym momencie dzieje się coś dziwnego. Ameryka odpala rakiety nuklearne. Ci, którzy interesowali się wojskową techniką mają świadomość, że zostało im pół godziny życia (mniej więcej tyle czasu upłynie zanim do USA dolecą rakiety z USRR), reszta wpada w panikę, zbierając jedzenie i wodę. A potem następuje koniec.

Niesłabnąca siła „Nazajutrz” tkwi właśnie w tej zwykłości. Lubimy młodą śliczną dziewczynę, cieszmy się, że ocalała atak, ale odsuwamy od siebie świadomość, że i tak jest ona żywym trupem. Choroba popromienna w końcu zamienia ją z piękności w konającego w agonii potwora. Promieniowanie nie zwraca uwagi na kolor skóry, urodę i pochodzenie społeczne. Zabija. Powoli.

Owszem w warstwie efektów film Meyera się postarzał. Ale jego brutalny antywojenny przekaz zupełnie nie stracił swojego ostrza. Nieważne jest kto odpalił pierwszy rakiety, nieważne jest czyja była to wina. Liczy się efekt przekręconych kluczyków.

Przede wszystkim zaś  „Nazajutrz” jest filmem który nie pozostawia nadziei. Nawet poród z symbolu nowego życia zamienia się w symbol niewiadomej. Nic nie ocalało. Miłość umarła, nadzieja odeszła. Ludzkość teraz będzie wegetować, aż wymrze, a jedynymi żywymi organizmami na Ziemi pozostaną niezawodne karaluchy.

Kręcąc swój film Meyer wielokrotnie podkreślał, że kompletnie nie intersuje go fantastyka, tworzenie światów postapo itp. Chodziło o maksymalny realizm. Ronald Regan, który został zaproszony na tajny przedpremierowy pokaz filmu, ponoć był tak nim wstrząśnięty, że w 1983 roku zmienił politykę atomową USA. Ciekawe czy dziś ktoś byłby w stanie stworzyć film, który swoją przygnębiającą wizją świata byłby w stanie zmienić decyzje polityków. Raczej nie. Bo dziś stacje telewizyjne patrzą głownie na słupki oglądalności i dbają o to by widzom było dobrze. A świadomość powolnej śmierci w agonii na dobry humor wpływa słabo. Co nie zmienia faktu, że „Nazajutrz” warto oglądać. Ze świadomością, że to co jest w tym filmie pokazane to wersja light prawdziwej zagłady.

materiały prasowe
Poprzedni

Mark Z. Danielewski - Nie dla Ciebie

In Rock
Następny

Motörhead w studio - O Motörhead inaczej niż zwykle [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz