Niezbędnik 

Nienawistna ósemka [recenzja – konkurs GRINDHOUSE]

Po „Django”, który został świetnie przyjęty zarówno przez krytyków filmowych jak i kinową publiczność, Quentin Tarantino kazał czekać fanom trzy lata na swoją następną produkcję. Choć nie był to tak oczekiwany film jak przykładowo „Star Wars: Przebudzenie mocy”, to i tak można mówić o solidnym wyniku box office – w Polsce ponad 100 tysięcy osób wybrało się w premierowy weekend do kina. Sprawia to, że „Nienawistna ósemka” przoduje u nas w rankingu filmów reżysera pod względem otwarcia. Czy pod innymi względami jest równie dobrze jak w poprzednich produkcjach?

Na samym wstępie należałoby nadmienić, że Quentina Tarantino w podwójnej roli reżysera i scenarzysty, albo darzy się wielką sympatią, albo się go nie znosi. Bez dwóch zdań amerykański twórca filmowy wykreował swój własny styl, choć wielu krytyków zauważa, że opiera się on przede wszystkim na cytowaniu i przetwarzaniu klasyków kina. Z drugiej strony, powstało już tyle produkcji, że trudno sprawić, by nie przypominały one siebie wzajemnie lub do siebie nie nawiązywały. Tarantino łączy ze sobą elementy westernu z kinem klasy B, przez co sceny potrafią rozśmieszyć nawet najpoważniejszych widzów na sali kinowej.

„Nienawistna ósemka” to ponad trzygodzinna podróż z amerykańskim reżyserem, który zabiera nas do zaśnieżonego Wyoming. Trzeba się odpowiednio przygotować na oglądanie tego filmu, bowiem inaczej może okazać się on rozczarowaniem. Nie jest to typowe kino akcji – nie będą padały co moment trupy, a kule nie będą mijały bohaterów o włos. Zamiast tego Tarantino zaserwował swoim fanom długie kwestie dialogowe. Jednakże nie skutkuje to nudą, ani wrażeniem, że film się dłuży. Na spotkaniu odnośnie pisania scenariusza z Łukaszem Maciejewskim (scenarzysta do filmów: „Czerwony Pająk” a także „Nigdy tu już nie powrócę”), które zostało zorganizowane w Krakowie w styczniu, Maciejewski stwierdził, że należy unikać dialogów, które nie niosą ze sobą żadnej treści istotnej dla fabuły. I tu tkwi istota tego, co zrobił Tarantino – sprawił, że to zdania wymieniane między postaciami kreują akcję i budują napięcie. Każda wypowiedziana kwestia jest istotna, przez co widz jest w stanie z rosnącym zainteresowaniem oglądać postacie zamknięte w jednym pomieszczeniu. Potwierdza to nominacja do Złotego Globu dla Tarantino za scenariusz.

Nie sposób nie wspomnieć o muzyce do filmu, bo to ona, ramię w ramię z dialogami świetnie buduje nastrój całości. Ennio Morricone, który został nagrodzony Złotym Globem (jak również jest nominowany do Oscara za najlepszą muzykę oryginalną) świetnie wpasował się w klimat produkcji, sprawiając, że melodia stała się równorzędnym partnerem dla aktorów i obrazu, a nie tylko tłem. A gdy już mowa o obrazie, należy podkreślić, że i Robert Richardson doczekał się nominacji do Oscara za najlepsze zdjęcia, choć dla niego to żadna nowość, warto przypomnieć, że w swoim dorobku ma dziewięć nominacji, z czego trzy przełożyły się na Oscara. Richardson miał przed sobą stosunkowo trudne zadanie – owszem, w pierwszej części można było rozkoszować się zimowymi pejzażami (zdjęcia kręcono w stanie Kolorado), jednak później akcja przenosi się do jednego wnętrza, do pasmanterii Minnie, więc utrzymanie zachwytu widzów staje się trudniejsze. W tej fazie filmu obrazy wciąż przykuwają uwagę odbiorcy w takim stopniu, że nie chce się nawet spojrzeć na zegarek.

Grzechem byłoby rozpisywać się na temat fabuły, której struktura przypomina klasyczne powieści Agaty Christie. Można jedynie wspomnieć, że „Nienawistna ósemka” wydaje się być najdojrzalszym filmem Tarantino. Reżyser skupia się bardziej na motywacji bohaterów, poprzez dialogi kształtuje ich portrety psychologiczne, prowadzi między nimi grę, którą podejmują także widzowie. Jednocześnie oczywiście stosuje typowe dla siebie zabiegi na pograniczu kiczu, kiedy to krew będzie tryskała na wszystkie strony, a resztki mózgu wylądują na twarzy innej postaci.

Oczywiście produkcja nawet tak znanego reżysera jak Tarantino byłaby niekompletna, gdyby nie dobrać do niej znakomitych aktorów. Standardowo więc zaprosił on do współpracy Samuela L. Jacksona oraz Tima Rotha. Już na pierwszy rzut oka widać, że Jackson świetnie czuł się w roli Majora Marquisa Warrena i to chyba jedna z najlepiej wykreowanych przez niego postaci w ostatnich latach jego kariery. Roth, podobnie jak Walton Goggins czy Kurt Russell, trzymają podobny, wysoki poziom, jednak wszyscy wypadają blado przy rewelacyjnej, a przecież drugoplanowej bohaterce granej przez Jennifer Jason Leigh (nominowana została także do Oscara za najlepszą aktorkę drugoplanową). Daisy Domergue to jedyna istotna postać żeńska w całej produkcji, stąd na Leigh spoczywał ogromny ciężar, by wcielić się w tę rolę w iście mistrzowskim stylu. Bez większych dywagacji – wypadła niesamowicie i trudno znaleźć kogoś, kto nie zachwyciłby się jej grą aktorską. Na tle tak idealnie dobranej obsady, pojawia się tylko jedno, choć bardzo zasadnicze pytanie – skąd wziął się tam Channing Tatum? Aktor, swoim wyglądem, a także dotychczasowym dorobkiem zawodowym w ogóle nie pasuje do klimatu filmów amerykańskiego reżysera, przez co wydaje się być najmniej autentycznym bohaterem.

Quentin Tarantino w typowym dla siebie stylu serwuje widzom elementy akcji i komedii, nie zapomina jednak o „ambitniejszych” odbiorcach, którzy nie powinni czuć się rozczarowani kreacją portretów psychologicznych bohaterów. Oczywiście jego humor jest dość specyficzny i nie rozbawi każdego (coś z cyklu: ręka, noga, mózg na ścianie), jednak z odpowiednim podejściem do filmu można wyjść z kina z niebywałym poczuciem zadowolenia, że świetnie spędziło się te trzy godziny.

Jeśli jeszcze ktoś jeszcze nie widział „Nienawistnej ósemki”, powinien obowiązkowo i w trybie natychmiastowym udać się do najbliższego kina. Film zdecydowanie wart obejrzenia.

Egmont
Poprzedni

The Superior Spider-Man #2: Mój własny najgorszy wróg - uwierz w ducha [recenzja]

Magicians
Następny

The Magicians - magia tworzy się z bólu [recenzja]

Maja Jankowska

Maja Jankowska

1 Comment

  1. Eddie
    2016-02-01 at 16:52 — Odpowiedz

    O jak ja lubi ten typowy dla niego styl i czekam na kolejny film w tym typowym dla niego stylu. Muzyka Morricone genialne do tego jak zwykle.

Dodaj komentarz