Niezbędnik 

Odwieczny Wróg – dotyk pierwotnego zła [recenzja]

Dean R. Koontz jest jednym z wielkiej trójki amerykańskich autorów grozy, mających stałe miejsce na półkach rodzimych księgarń, w zasadzie niezależnie od jakości tego, co napiszą. W trakcie niemal pięćdziesięciu lat kariery, dżentelmen z Pensylwanii stworzył rzeczy słabsze i lepsze. Zdarzyły mu się też książki prawdziwie kultowe – takie które każdy fan grozy, przed opuszczeniem tego świata przeczytać powinien. I to właśnie do tej kategorii zalicza się „Odwieczny Wróg”.

Na początek nieco prywaty. Jeszcze za licealnych czasów, mieliśmy w mieście mały, zadymiony pub – z rodzaju tych, w których nie zadawało się zbędnych pytań (w szczególności o dowód osobisty). Któregoś wrześniowego popołudnia powodowany jedną z młodocianych, buntowniczych myśli („lektur czytać nie będę”), zawędrowałem do biblioteki, chwyciłem pierwszą rzecz z kategorii horrorów i ostatecznie znalazłem się w rzeczonym wyżej przybytku. Zamówiłem kawę i zapaliłem zakazaną przez rodziców fajkę. „Odwieczny Wróg” okazał się pierwszą książką, jaką ukończyłem w jeden dzień i zarazem początkiem pierwszej, odwzajemnionej miłości mojego życia: literatury. Tyle tytułem wstępu. A teraz, do rzeczy.

Rodzinna tragedia na powrót połączyła siostry Paige. Po latach rozłąki, teraz już niemal sobie obce, aby nadrobić stracony czas wybierają się do sennego, górskiego Snowfield, gdzie starsza z nich – Jenny – ma własną lekarską praktykę. Panujący na ulicach spokój i cisza, klimat małej mieściny – wszystko to sprawia, że Snowfield zdaje się być idealnym miejscem, by podreperować nadszarpnięte szponem czasu więzi. Tylko że kiedy docierają na miejsce, szybko okazuje się, że tym razem w mieścinie coś jest bardzo nie w porządku. Na ulicach nie ma żywej duszy, a dojmująca, unosząca się w powietrzu cisza dobitnie oznajmia, że całkiem niedawno wydarzyło się tu coś przerażającego.

Kiedy na miejsce trafi również załoga policyjnego komisariatu z sąsiedniego miasta i ostatecznie zaprawiony w bojach wojskowy oddział zajmujący się zwalczaniem zagrożeń biologicznych, w miarę kolejnych makabrycznych odkryć bohaterowie zaczną pojmować, że za wydarzeniami Snowfield kryje się jakaś złowieszcza precyzja i logika. I wszystko wskazuje na to, że to wcale nie musi być koniec.

Czas ucieka, a pytanie pozostaje to samo: czy bohaterom uda się wyjaśnić mroczną tajemnicę, zanim dla wszystkich będzie za późno?

„Odwieczny Wróg” już od pierwszych stron urzeka klimatem tajemnicy i przemykającej tuż poza polem widzenia niewypowiedzianej grozy. Obrazy jakie podsuwa nam autor w trakcie lektury bywają tak sugestywne, że momentami trudno wręcz nie odnieść wrażenia, że coś rzeczywiście czai się za naszymi plecami. I szczęśliwie, wcale nie chodzi tu o hektolitry krwi rodem z Mastertona (choć momentami bywa makabrycznie – nie zdradzając szczegółów, już sama scena z psem mogłaby spokojnie znaleźć się w „Coś”  Carpentera), a właśnie tę kryjącą się w mroku tajemnicę.

Koontz przez większość książki wodzi bowiem czytelnika za nos podobnie jak swoich bohaterów, dozując kolejne rewelacje bardzo precyzyjnie. Innymi słowy, zwyczajnie nie sposób domyślić się o co tak naprawdę chodzi, dopóki nie zadecyduje o tym autor. A pole do interpretacji mamy w trakcie lektury nadzwyczaj spore: nie dość, że tematyka zagadkowych zniknięć na przestrzeni dziejów już sama w sobie rodzi pytania, to Koontz wzbogacił ją o interesujące wątki religijne i naukowe. Wszystko to splata się ze sobą w bardzo spójny sposób, prowadząc do całkiem zmyślnego i satysfakcjonującego (choć dla niektórych może zbyt optymistycznego) zakończenia.

Oczywiście na nic zdałyby się wysiłki w kreowaniu odpowiednio gęstego klimatu, gdyby wydarzeń w „Odwiecznym Wrogu” Koontz nie poparł odpowiednio dobrze zarysowanymi bohaterami. Mimo, że książka nie jest przesadnie obszerna (polskie wydanie ma niewiele powyżej 350 stron), praktycznie każda z postaci dostaje tu swoje pięć minut. Niektórych z nich z miejsca polubimy, innych znienawidzimy, najważniejsze jednak, że wszyscy uczestnicy dramatu w Snowfield mają swoje indywidualne przemyślenia i są charakterystyczni na tyle, by nie sprawiać wrażenia przysłowiowego „mięsa armatniego”, a ludzi z krwi i kości powołanych do życia na kartach powieści.

Jedno trzeba Koontzowi przyznać bez mrugnięcia okiem – pomysł na „Odwiecznego Wroga” miał tak prosty, że wręcz genialny. Pomimo ponad trzydziestu lat od premiery, nie zestarzał się ani trochę i dla młodych twórców grozy nadal może stanowić wzór kreowania zawiesistej atmosfery w książkach. Jeśli zatem chcecie się dowiedzieć, jak siła jest według Amerykanina odpowiedzialna za wymarcie dinozaurów, koniec cywilizacji Majów, czy tajemnicze zniknięcia populacji Roanoke i Mary Celeste, a przy okazji nieco się pobać  – po prostu nie możecie pominąć tej pozycji.

 

PS. I mała rada na koniec – nie oglądajcie filmu przed lekturą. Ekranizacja, mimo cholernie ciekawej obsady (Affleck, Schreiber, O’Toole) to jeden z najsłabszych tworów sci-fi lat 90′, którym podejście do książki można sobie skutecznie zepsuć.

SQN
Poprzedni

Wigilijne psy - młody, wściekły Orbitowski [recenzja]

Vesper
Następny

Terror - XIX-wieczny klasyk z końca wieku XX-go [recenzja]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz