Niezbędnik 

Samotność długodystansowca – hymn ku czci indywidualizmu [recenzja]

Arcydzieło brytyjskiej nowej fali, które zupełnie się nie zestarzało. przeciwnie – wciąż wciąga i pulsuje młodzieńczą energią.
Wielu lewackich działaczy twierdzi, że film Richardsona to czołowy przedstawiciel lewackiego kina gloryfikującego socjalizm. Nic bardziej błędnego.

Najpierw było krótkie opowiadania Allana Sillitoe, brytyjskiego pisarza i czołowego przedstawiciela pokolenia młodych gniewnych pisarzy przełomu lat 50. i 60., którzy w swoich powieściach koncentrowali się na Wielkiej Brytanii, robotniczej i podłej, a nie królewskiej i wspaniałej. Opowiadanie ukazało się w 1959 roku i z miejsca zostało uznane za polityczny manifest pokolenia, które pochyla się nad klasą robotniczą. Sam Sillitoe zresztą pochodził z takowego środowiska, a pisarzem i poetą został trochę przez przypadek. Nie chciał bowiem skończyć jak jego ojciec harujący w fabryce rowerów, najpierw więc zaciągnął się do wojska, a potem (ze służby zwolniono go ze względu na gruźlicę) poznał literacki świat Londynu.

Wielu biografów Sillitoe twierdzi, że bohater „Samotności długodystansowca” Colin Smith to alter ego pisarza. I chyba jest w tym trochę racji. Colin podobnie jak Sillitoe pochodzi z biednej rodziny i podobnie jak Sillitoe nie chce podzielić losu swojego ojca, robotnika w fabryce. Tyle, że formą buntu Smitha nie jest literatura, lecz bieganie. Kiedy życie go uwiera, po prostu zaczyna biec. Bez celu, bez sensu, przed siebie. Gdy po nieudanej próbie kradzieży wyląduje w poprawczaku, bieganie okaże się antidotum na rzeczywistość za kratami.

Wielu lewackich działaczy twierdzi, że film Richardsona to czołowy przedstawiciel lewackiego kina gloryfikującego socjalizm. Nic bardziej błędnego. Owszem, jest to historia o robotnikach, owszem, jest tu pokazany kontrast między bogatymi a wyzyskiwanymi, ale w „Samotności długodystansowca” wcale nie chodzi o wychwalanie socjalizmu jako ustroju, który wspiera biednych. Oglądany po latach film Richardsona jawi się jako jeden z najpiękniejszych hymnów ku czci indywidualizmu i wolności wyboru takiego życia, na jakie ma się ochotę. Na pewno nie będzie przesadą stwierdzenie, że bez tego dzieła nigdy nie powstałoby „Trainspotting” Dannyego Boyle’a. W końcu oba filmy to opowieści o outsiderach, którzy mimo wszystko „wybierają życie”.

20th Century Fox
Poprzedni

5 filmów, o których nie widziałeś, że są remake’ami

Mundo Macgregoriano / Dzika Banda
Następny

Mamen Sánchez - Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne [wywiad]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz