Niezbędnik 

Scripted – w dzikie tango, marsz! [recenzja]

Jakkolwiek muzyczny świat wyrażałby się o Youtube i jego destrukcyjnym wpływie na sprzedaż płyt, jednego odmówić mu nie może – to istna kopalnia nieodkrytych (a przecież całkiem już oszlifowanych) diamentów. Bo bywają przecież takie albumy, które grzecznie czekają aż je znajdziemy –  tylko po to, by po kilku chwilach łapać się za  głowę, myśląc: „jak to możliwe, że nie słuchałem tego wcześniej?”. Ze „Scripted”, debiutanckim nagraniem Icon for Hire, mam mniej więcej takie właśnie odczucia.
Zespołowi nie tylko udało się wypracować własny, unikalny styl, ale co ważniejsze, najzwyczajniej w świecie czuć, że „Scripted” nagrane jest od serducha.

Icon for Hire powstało w Illnois, roku pańskiego 2007, z inicjatywy wokalistki Ariel Bloomer i gitarzysty Shawna Jumpa. Trzy lata później i dwie EPki dalej, zespół został dostrzeżony przez Tooth & Nail Records, jednego z ważniejszych graczy na metalowym, wydawniczym podwórku. „Scripted”, wydany 23 sierpnia 2011 roku, był  ich pierwszym oficjalnym longplayem. Tyle streszczenia, bo ważniejsze to, co dzieje się na samej płycie. A dzieje się wiele.

Ariel i spółka nie próżnują i po krótkim, instrumentalno-elektronicznym intrze do ruszenia czterech liter z kanapy podrywa już wejściowy „Theater”, który z pierwszymi akordami jako żywo można pomylić z dokonaniami Skilleta.  Nieco elektroniki, nieco pop-punkowych aranżacji, ale robotę robi tu przede wszystkim melodyjny wokal i wyjątkowo wpadające w ucho, zaskakujące mocne riffy.

Dalej słabiej nie jest, bo z drugiej i trzeciej pozycji na krążku atakują singlowe, równie energetyczne  „Make a Move” i  „Get Well”. Podobnie wygląda znakomita większość większość kawałków – włącznie z elektryzującym gitarowym popisem Jumpa w „Off With Her Head”, czy wokalnymi wygibasami Ariel w drugiej połowie wieńczącego album „Pieces”. Nie jest oczywiście tak, że podobną dawką energii będziemy raczeni przez całe czterdzieści minut odsłuchiwania krążka – kiedy temperatura zdaje się sięgać zenitu, „Scripted” potrafi dostojnie zwolnić tempo, racząc nas pięknymi, baśniowymi wręcz balladami w stylu „The Grey” czy „Only a memory”.

Słuchając płyty nie sposób uniknąć porównań Icon for Hire do innych bandów z damskim wokalem na czele, w tym gigantów pokroju Paramore, czy Flyleaf. O ile podobieństwa są wyraźne, zaszufladkowanie muzyków jako odtwórczych byłoby jednak sporą przesadą, bo zespołowi nie tylko udało się wypracować własny, łączący elementy szalonego pop-punka, przydającą melodyjności elektronikę i zatrzęsienie hard rockowych brzmień styl, ale co ważniejsze, najzwyczajniej w świecie czuć, że „Scripted” nagrany jest od serducha. Już samo to decyduje, że kiedy Ariel wyśpiewuje: „I wanna live like I lost the script, and scream every line like: This is it!”, automatycznie chciałoby się rzucić w dziki tłum.

„Scripted” był debiutem jaki wiele zespołów mogłoby sobie wymarzyć i po niemal połowie dekady od premiery, nie zestarzał się ani trochę. Jeśli pragniecie wysoce energetycznego koktajlu, krążek Icon for Hire dostarczy wszelkich niezbędnych składników.

Egmont
Poprzedni

Flash #1: Cała naprzód - powoli się rozkręca [recenzja]

Albatros
Następny

Zniknęli na zawsze - czwarte wejście Davida Rakera [recenzja]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz