Niezbędnik 

Smętarz dla zwierzaków – koszmarne zmartwychwstanie [recenzja]

 „Cmętarz zwieżątbył powieścią, która zdaniem Kinga była tak przerażająca, że miała się nigdy nie ukazać. Ukazała się. A potem na jej podstawie powstał film.

 

Historia „Smętarza… sięga połowy lat siedemdziesiątych. Wtedy to King wraz żoną przeprowadził się do wynajętego na obrzeżach Bangor domu. Tuż obok przebiegała ruchliwa droga, po której bezustannie kursowały ciężarówki. Jakby tego było mało, w zagajniku obok domu Kingów miejscowe dzieciaki urządziły mały cmentarzyk dla potrąconych przez samochody zwierząt. Jak opowiadała żona Kinga, jej mężowi często zdarzało się chodzić tam na spacery. To one oraz pewien drobny, acz niebezpieczny incydent (ich synek Owen niemal wbiegł pod samochód), dały początek najstraszniejszej powieści w dorobku Kinga. Mowa oczywiście o „Cmętarzu zwieżąt – powieści, która zdaniem autora była tak przerażająca, że miała się nigdy nie ukazać.

I faktycznie, powieść przeleżała w szufladzie blisko pięć lat, aż nadszedł rok 1982 i moment, kiedy King, umęczony piciem, nie mógł ukończyć nowej powieści (choć wówczas, zapewne nie myślał o tym w takich kategoriach). Wtedy zdecydował się wygrzebać z szuflady ową straszną powieść.

Czy „Cmętarz…” jest rzeczywiście tak przerażający, jak twierdzi jego autor? Fakt, może i znajdziecie w światowych horrorach powieści straszniejsze i bardziej okrutne, ale w bibliografii Kinga „Cmętarz…” to rzecz absolutnie zaskakująca. Po pierwsze nie ma w niej happy endu, po drugie dzieci stają się czymś złym i podłym, wreszcie po trzecie każdy pozytywny bohater ginie, albo popada w obłęd. Dlatego obok „Cujo” to jednak najmocniejsza i najbardziej przygnębiająca książka Kinga (z tych pisanych pod własnym nazwiskiem).

Kiedy studio Paramount kupiło prawa do ekranizacji „Cmętarza zwieżąt”, pracę nad filmem zdecydowano się powierzyć kobiecie – Mary Lambert – cenionej wówczas reżyserce wideoklipów, która miała na koncie jeden psychodeliczny rozerotyzowany thriller „Sjesta”. Sprzedając prawa do ekranizacji powieści, King postawił producentom dwa warunki: film miał zostać nakręcony w całości w Maine, oraz on miał zostać scenarzystą. Tak się stało i film trafił do kin wiosną 1989 roku, stając się kolejnym wielkim hitem opartym na prozie Kinga.

Co ciekawe, King, adaptując własną „najbardziej przerażającą” powieść, nie zdecydował się na zmianę zakończenia i happy end. Filmowy „Smętarz…” to wciąż mroczna i posępna opowieść o ojcu, który decyduje się wskrzesić tragicznie zmarłego syna. Dziecko powraca, ale nie jest już tym miłym chłopcem… I choć zmiany wprowadzone w scenariuszu są bardziej kosmetyczne niż drastyczne (usunięto choćby wendigo), to filmowy „Smętarz…” nie przeraża tak jak powieść.

Winę za ten stan rzeczy ponosi ciężka reżyserska ręka Lambert, która opowieść o śmierci dziecka i jego potwornym powrocie naszpikowała tanimi „strasznymi” chwytami. I tak wizyjna scena z duchem studenta w powieści przerażała, tu skonstruowana jest na prostej zasadzie: trochę mgły, dużo posępnej muzyki i stukanie łańcuchami. Irytuje też, zamiast straszyć, motyw siostry żony głównego bohatera. Lambert z dzikim uwielbieniem ciągnie w nieskończoność ujęcia udręczonej kobiety, z których niestety nic nie wynika. Gdyby ktoś o większym wyczuciu klimatu grozy przemontował ten film, być może „Smętarz…” dołączyłby do grona całkiem dobrych adaptacji prozy Kinga, ale niestety tak się nie stało. Co oczywiście nie znaczy, iż jest to film zły. Nie jest. To zupełnie przeciętny horror, który mógł być wielki.

Co ciekawe, trzy lata później, już bez Stephena Kinga, Mary Lambert postanowiła powrócić na przeklętą ziemię, kręcąc „Smętarz dla zwierzaków 2”. Napiszę tak – jeśli pierwsza część otworzyła jej drzwi do wielkiej kariery, to druga definitywnie je zamknęła. Drugi „Smętarz…” był bowiem automatycznym powieleniem pomysłów z jedynki, tyle że w lżejszej i przyjaźniejszej wersji. Mamy tu zatem happy end: ocalonego ojca i syna. Ponieważ film nie doczekał się kontynuacji, można się domyślić jego wyników finansowych.  Mary Lambert niestety nigdy już nie wróciła po nim na hollywoodzkie szczyty, a dziś produkuje tanie filmy na rynek DVD.

Pisząc o „Smętarzu dla zwierzaków” warto wspomnieć o jeszcze jednym drobnym szczególe. Otóż King, zatwardziały fan zespołu Ramones, poprosił chłopaków, aby skomponowali piosenkę do filmu. Zrobili to. Pech chciał jednak, że ich numer „Pet Sematary” jest tak słaby, że dziś wysłuchać go są w stanie tylko zatwardzali wielbiciele grupy. Walory artystyczne utworu docenili jurorzy Złotych Malin, nominując ją w kategorii najgorsza piosenka roku.

Monolith Films
Poprzedni

Hardcore Henry - gra w kinie [recenzja]

Jaguar
Następny

Przeklęta laleczka - lekko i przyjemnie, czyli sensacja i miłość w Meksyku [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz