Niezbędnik 

Transformers: The Movie – nostalgii czas [recenzja]

Mało która franczyza cieszy się do dziś tak wielką bazą oddanych fanów, jak słynne Transformery. I nic w tym dziwnego, bo to co zaczęło się jako linia zabawek amerykańskiego Hasbro i japońskiego Takara Tomy, ewoluowało z kolejnymi dekadami w kamień milowy popkultury. A tymczasem, nie dość, że zaledwie kilkanaście dni temu kultowemu dziełu poświęconemu odwiecznej wojnie Autobotów i Deceptikonów stuknęła równa trzydziestka, to jeszcze dostaliśmy możliwość przypomnienia go  sobie po raz wtóry, na dopieszczonej edycji specjalnej.
Nie sposób nie docenić jak wielki wpływ „Transformers: The Movie” miał na kształt tego co obecnie możemy oglądać na kinowych ekranach.

Fabularnie, „Transformers: The Movie” stanowi pomost między drugim a trzecim sezonem produkowanego w połowie lat osiemdziesiątych serialu. Szczęśliwie jednak, historia została obmyślona w taki sposób, że nawet nie zaznajomionym z oryginalną serią widzom nadążenie za fabułą nie powinno nastręczyć większych kłopotów. W telegraficznym skrócie zatem: w 2005 roku, trwająca od wieków wojna osiąga punkt krytyczny – Autoboty sposobią się do odbicia ojczystego Cybertronu, podczas gdy Deceptikony starają się wdrożyć w życie plan zniszczenia miasta przeciwników na Ziemi. Tymczasem na horyzoncie pojawia się nowe, przerażające zagrożenie: Unicron, pożeracz planet mający zdolność niemal dowolnego przekształcania materii ożywionej. Nowy nie-do-końca dobrowolny sojusz między Megatronem a Unicronem powoduje, że protagoniści stają na krawędzi porażki – a kiedy jedni bohaterowie upadają, muszą pojawić się inni , gotowi przejąć ster.

Transformery to dziś marka przynosząca krociowe zyski, przez młodszych fanów kojarzona głównie (niezależnie od tego czy nam się to podoba czy nie) z serii filmów Michaela Bay’a. Co do fabularnej jakości filmów Amerykanina można się kłócić, wątpliwości nie pozostawiają już za to dopracowane do najmniejszych szczegółów efekty specjalne i rozmach. „Transformers: The Movie”, to rzecz jasna zupełnie inny ciężar gatunkowy, stojący w opozycji zarówno w stosunku do  znanej z kinowych ekranów, wypakowanej po brzegi CGI sagi, jak i oryginalnej, serialowej „Pierwszej Generacji”.

Szczególnie w drugim z przypadków sprawa jest interesująca, bo przecież animowany serial od filmu dzieli różnica ledwie kilku lat.  I pomijając już nawet same koszta produkcji (a te były niemałe, budżet wyniósł 6 milionów dolarów), największa różnica objawia się nam w samej historii. W przypadku wersji pełnometrażowej  sprawujące pieczę nad kształtem scenariusza Hasbro postanowiło bowiem zagrać wszelkimi fabularnymi shockerami jakich można było się spodziewać – trup ściele się tu gęsto, Deceptikony likwidują przeciwników bez wahania, a twórcy nie oszczędzają nawet najbardziej ukochanych bohaterów, z Optimusem Prime’em na czele. Wszystko to składa się na dziełko o sporo mroczniejszym tonie (w szczególności jak na standardy retro sci-fi) niż serialowy oryginał.

Mimo ponad trzydziestu lat na karku, film został odrestaurowany wyjątkowo starannie i prezentuje się imponująco od strony technicznej. Obraz, jak to na standardzie Blu-ray, jest ostry jak żyletka, a do jakości samej kreski trudno się przyczepić, ale nie ukrywajmy –  tu prym wiedzie w szczególności udźwiękowienie, z wyjątkowym, metalowym soundtrackiem i klasycznym motywem przewodnim formacji Lion. Także voice acting to półka najwyższa z możliwych: obok znanego wszystkim z roli Prime’a i Ironhide’a Petera Cullena mamy takie tuzy jak Lenoarda Nimoya, czy odgrywającego finalną rolę swojej kariery, nieodżałowanego Orsona Wellesa.

Wydana na trzydziestolecie produkcji na Blu-ray edycja specjalna to perfekcyjna okazja dla starszych fanów, by przypomnieć sobie o korzeniach serii. I choć nie da się ukryć, że nowych fanów franczyzy raczej nie przyciągnie, nie sposób nie docenić jak wielki wpływ miała na kształt tego co obecnie możemy oglądać na kinowych ekranach (niektóre cytaty są wręcz wprost wyjęte z ust animowanych bohaterów). Podsumowując zatem  – dla starych wyjadaczy nie lada gratka, dla tych młodszych, rzecz definitywnie warta sprawdzenia, choćby przez fakt analogii do stanu rzeczy, jaki mamy obecnie.

J.P. Fantastica
Poprzedni

Miłosne cierpienia umarłych - łagodniejsza twarz Junjiego ito [recenzja]

Egmont
Następny

Blueberry tom 7 - Nowe Rozdanie [recenzja]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz