Niezbędnik 

Two-Lane Blacktop – w pogoni za cieniem [recenzja]

Są takie filmy, o których nie sposób zapomnieć. Choć przecież nie zmieniają naszego życia, nie opowiadają niestworzonych historii i w zasadzie wydawałoby się, że nie ma w nich niczego niezwykłego. Błąd. Jest w nich właśnie to coś – ta nieuchwytna rzecz, która sprawia, że dzieło sztuki zostaje z nami na zawsze. Dokładnie tak mam z filmem Monty Hellmana  „Two-Lane Blacktop”

 

Przełom lat 60. i 70. w Stanach to przede wszystkim moment narodzin amerykańskiego „egzystencjalnego” kina drogi. „Swobodny jeździec”, „Znikający punkt”, „Pechowa Elektra Glide” i najmniej znane u nas „Two-Lane Blacktop”, wykorzystując motyw podróży bohaterów, opowiadały o Ameryce po obyczajowej rewolcie „lata miłości”. Co ciekawe, w chwili swoich premier zbierały dość negatywne recenzje, a z upływem czasu zostały okrzyknięte dziełami kultowymi.

„Two-Lane Blacktop” opowiada historię Mechanika i Kierowcy, którzy podróżując po prowincjonalnej Ameryce (jadą na kolejny wyścig), spotykają Dziewczynę. Tworzy się między nimi dziwna więź. Tyle że Dziewczyna w efekcie wybierze ich wroga, kierowcę GTO. Bohaterowie „Two-Lane…” nie mają imion, nie znamy ich przeszłości. Pędzą po prostu przed siebie w poszukiwaniu spokoju i szczęścia. Hellman nie pozwala im zbyt wiele mówić, bo też i słowa są tu nieważne. Istotniejsze jest przejmujące poczucie pustki i wyjałowienia bohaterów. Mamy rok 1971 – lato miłości już dawno się skończyło. Ci, którzy walczyli o wolną miłość i pokój powoli kończą studia i zaczynają prace w korporacjach. Ameryka się zmienia. Ameryka dorasta i zapomina o buncie. Hellman doskonale ten moment uchwycił, a bezsensowna podróż bohaterów i próba zdobycia dziewczyny marzeń okazuje się… No właśnie. Z jednej strony ułudą. Pogonią za marzeniem, którego nie da się złapać. Z drugiej – sensem. Bo być może w życiu nie chodzi o to, aby mieć, a bezustannie szukać. I bohaterowie będą szukać. Choć każdy z nich w głębi duszy wie, że szukają duchów .Świata i wartości, których nie ma. I być może nigdy nie istniały.

Oglądając ten film, warto przypomnieć sobie zrealizowaną w 1994 „Jazdę Jana Svěráka – czeski reżyser w bardzo mocny sposób inspirował się filmem Hellmana i poniekąd też opowiadał o Czechach, których nie ma. I na koniec ponura anegdota. Otóż z całej ekipy aktorów grających w tym filmie dziś żyje tylko James Taylor (także ceniony w Stanach muzyk). Warren Oates zmarł na zawał serca w 1982 roku, Dennis Wilson (członek grupy The Beach Boys) utopił się po pijaku w roku 1983, a młodziutka Laurie Bird popełniła samobójstwo w 1979 roku (miała zaledwie dwadzieścia pięć lat). Życie w drodze nie przyniosło im wytchnienia i spokoju.

© 2014 Fotograf Anna-Lena Ahlström +46-709-797817
Poprzedni

Roslund / Thunberg - Szwecja to kraj, gdzie wszystko zostaje w rodzinie [wywiad]

Pulp covers DB DzikaBanda.pl
Następny

Pulpowe okładki #1 [galeria]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz