Niezbędnik 

Ucieczka gangstera – chłopaki kontra dziewczyny [recenzja]

„Od zmierzchu do świtu” w dniu swojej premiery wywołało skandal a krytycy zaczęli wieszczyć koniec kariery Tarantino. Afera wiązała się nie z poszczególną sceną czy jakimś brutalnym ujęciem, a z całym filmem. Otóż nikt nie był przygotowany na tak szaloną jazdę, jaką zafundował widzom w „Od zmierzchu…” duet Robert Rodriguez i Quentin Tarantino.

Film zaczynał się jak klasyczny czarny kryminał – dwóch brutalnych przestępców próbuje uciec do Meksyku, porywając przypadkową rodzinę, aby nagle zamienić się w krwawy i absurdalny horror o gangu wampirów zamieszkującym ponury meksykański bar ze striptizem. Połączenie tych dwóch gatunków (kryminału z horrorem) wywołało szok i zniesmaczenie krytyków, którzy na filmie nie zostawili suchej nitki.

Na łamach „San Francisco Chronicle” Mick La Salle pisał nawet, że „Tarantino i Rodriguez pewnie dobrze się razem bawili na planie, ale po skończeniu zdjęć do „Od zmierzchu…” powinni na zawsze się unikać”. Każdy, kto ceni twórczość obu reżyserów wie, że do dziś się nie unikają, a każde ich wspólne spotkanie przynosi filmy może i dziwne, ale na pewno intrygujące.

„Od zmierzchu…” jest filmem dziwnym. Z jednej strony dowodzi jak silnie przywiązani do tradycji kryminalnej są obaj twórcy, a z drugiej – udowadnia ich niezwykły wachlarz zainteresowań i znajomości historii kina. Zresztą nie tylko kina, ale i literatury. Motyw przewodni filmu – podróż braci Gecko (George Clooney i Quentin Tarantino) do enigmatycznego miasta El Ray (po hiszpańsku „Król”) – został „pożyczony” z powieści „Ucieczka gangstera” Jima Thompsona.

Tej samej, którą w 1972 roku zekranizował Sam Peckinpah, a w głównych rolach wystąpili Steve McQueen i Ali MacGraw. Wprowadzając do swojego filmu motyw El Ray, miasta zamieszkałego przez bandytów, rządzącego się bandyckim prawem (kto ma pieniądze ten żyje), Tarantino i Rodriguez oddali hołd powieści Thompsona i naprawili błąd Sama Peckinpaha, który ze swojego filmu usunął motyw podróży do El Ray.

Historia kryminalisty Doca i jego żony, która zrobi dla męża wszystko, to mistrzowskie połączenie romansu, kina akcji i kryminału. Tak, romansu, bo w tym filmie poza strzelaninami tak naprawdę chodzi o miłość. Doc popada w kłopoty tylko przez to, iż dowiaduje się, że jego żona w zamian za zwolnienie go z więzienia przespała się z innym. Peckinpah nakręcił ten film, żeby zrobić na złość amerykańskiej krytyczce filmowej Pauline Keal, bo ta nazywała go mizoginem i facetem, który nie jest w stanie robić filmów z kobietami. Jakby w kontrze do jej słów powstały „Ucieczka…” i „Dajcie mi głowę Alfredo Garcii”, przy czym „Ucieczka…” jest o wiele pogodniejsza, bo miłość tu w końcu zatriumfuje.

I tu dochodzimy do zasadnicznej różnicy między powieścią a filmem. U Thompsona Doc i jego żona Carol uciekają przed policyjną obławą do El Ray. Miasteczko nie okazuje się jednak bezpieczną przystanią. Obowiązująca w tym nieciekawym miejscu zasada brzmi: żyjesz póki płacisz. Niestety, bohaterowie nie mają aż tyle pieniędzy. Książka kończy się więc sceną, w której Carol wynajmuje płatnego zabójcę, aby zabił jej męża, zaś Doc zleca sprzątnięcie żony.

Ponure zakończenie opowieści o przestępczej parze małżeńskiej nie spodobało się ani Steve’owi McQueenowi, ani Peckinpahowi. Ten pierwszy chciał zagrać postać, która na końcu filmu nie ginie, natomiast drugi widział „Ucieczkę gangstera” jako prawdziwy romans. W efekcie po wielkiej kłótni z Thompsonem piszącym scenariusz na podstawie własnej powieści, reżyser zwolnił pisarza a na jego miejsce zatrudnił młodego i ambitnego Waltera Hilla.

Gdy w 1994 roku studio Universal zaczęło kręcić remake „Ucieczki…”, po Hollywood zaczęła krążyć plotka jakoby tym razem twórcy filmu mieli wpleść wątek El Ray do fabuły. Niestety, tak się nie stało, a film okazał się kalką niemal scena w scenę filmu Peckinpaha. Dopiero dwa lata później Tarantino i Rodriguez przywrócili El Ray kinu.

„Od zmierzchu do świtu” to nie jedyny film przy którym pracował Tarantino, w którym pojawiają się echa „Ucieczki gangstera”. Kręcąc „Death Proof” reżyser umieścił w nim scenę (bohaterki klęczą przed samochodem uzgadniając szczegóły jazdy na masce), w której oddał hołd filmowi Peckinpaha. Otóż scenka ta była powtórzeniem sekwencji zamykającej film, w której Steve McQueen, klęcząc kupował od pewnego staruszka jego ciężarówkę i milczenie. Co zabawne na miejsce Steve’a McQueena, Zoe Bell – co zostało odczytane jednoznacznie jako silny głos Quentina w kwestii podziału ról w Hollywood i sytuacji kobiet. Oto aktorka i kaskaderka wskoczyła na miejsce czołowego hollywoodzkiego twardziela. Nadeszły czasy gdy kobiety są mocniejsze niż faceci. Nawet jeśli to nadinterpretacja – to nie zmienia to faktu iż Bell łączy w sobie dziewczęcość fizjonomii z usposobieniem i możliwościami prawdziwego twardziela.

Mucha Comics
Poprzedni

Świetlista brygada - anielska pulpa [recenzja]

shannarachronicles
Następny

The Shannara Chronicles - udany start serialowego fantasy [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

1 Comment

  1. ramirez82
    2016-01-08 at 19:42 — Odpowiedz

    „Tej samej, którą w 1974 roku zekranizował Sam Peckinpah” – w 1972!

Dodaj komentarz