Niezbędnik 

Wall Street – chciwość jest dobra [recenzja]

W kinach mamy „Big Shorts”, w dowcipny sposób pokazujące kulisy kryzysu finansowego, a my przypominamy bodaj najważniejszy film o pieniądzach, „Wall Street”, czyli autentyczne arcydzieło Olivera Stone’a.

„Wall Street” miało nigdy nie powstać. Stone po sukcesie „Plutonu” planował nakręcić film o autentycznych przekrętach podczas telewizyjnych konkursów w latach 50. Podczas zbierania materiałów uznał jednak, że od przewałów w quizach, o wiele bardziej interesujące są pieniądze stojące za nimi. I tak to się zaczęło. Żeby było zabawniej – porzucony, rozgrzebany pomysł w końcu trafił do kin jako słynny „Quiz Show”. Mając świadomość, że kręcąc film o ludziach rządzących finansami, osadzony w samym centrum ich zarządzania (czyli Wall Street) może zostać oskarżony o utrwalanie stereotypów. Stone, wspólnie ze współscenarzystą Simonem Weiserem uznali iż żaden z bohaterów nie będzie nosił… żydowskiego nazwiska. Co ciekawe – właśnie takie nadał bohaterom Weiser. Bud Fox w pierwszej wersji nazywał się Freddy Goldsmith, pochodził z dobrej żydowskiej rodziny i… Gdyby przytomnie Stone nie zaprotestował, „Wall Street” z opowieści o zwyczajnych ludziach, którzy dają się omamić mamonie, stoczyłoby się w rejestry agitki. Dziś Stone tego wyczucia już nie ma. Dziś wszystko co kręci jest polityczną deklaracją. „Wall Street” miało być uniwersalną przypowieścią.

I jest. Historia młodego Buda, który powoli daje uwieść się potędze jego mentora Gordona Gekko (w tej roli fenomenalny Michael Douglas, który za wcielenie się w postać Gekko dostał Oscara), to jedna z najbardziej poruszających historii o niebezpiecznym romansowaniu z diabłem. Największą bowiem zaletą „Wall Street” jest właśnie to, że wychodząc od pieniędzy szybko skręca w rejestry zupełnie inne. Giełda przestaje być istotna, liczą się ludzie i to co z nimi giełda i pieniądze robią.

W chwili swojej premiery w 1987 roku „Wall Street” było filmem niezwykłym, nie tylko z powodu tematyki – czyli pokazywania mechanizmu oszustw giełdowych w stylu thrillera. To, co robiło w nim największe wrażenie to ostre jak brzytwa dialogi rodem z Chandlera („Seks z nią przypomina czytanie „Wall Street Journal”, „Gdyby prowadził zakład pogrzebowy nikt w okolicy by nie umarł”), świetna muzyka (autorstwa Stewarta Copelanda) oraz niezwykły, w zasadzie przełomowy montaż i zdjęcia. Pracując nad filmem, reżyser powtarzał operatorowi Robertowi Richardsonowi, oraz montującej film Claire Simpson, że mają pokazać bohaterów jakby byli dzikimi zwierzętami. Stąd wzięły się przełomowe jak na lata 80. szybkie zdjęcia żywcem wyrwane z teledysków i szybki klipowy montaż. Oczywiście Stone zdawał sobie sprawę z faktu, że ówczesna publiczność nie dotrwałaby do końca filmu w całości tak zmontowanego, dlatego też szybkich ujęć użył w filmie niewiele, ale sekwencje kłótni Gekko z Foxem czy pokazanie w szatni Gordona jak diabła wynurzającego się z ciemności do dziś robi piorunujące wrażenie. Co ciekawe – kilka lat później Stone powróci do koncepcji pokazywania ludzi, jako dzikie zwierzęta w „Urodzonych mordercach”. Także tam postawi w całości a teledyskowy montaż. Technicznie do dziś „Urodzeni…” są fajerwerkiem, ale o naturze ludzkiej o wiele więcej zdaje się mówić „Wall Street”.

Do tego dodajmy hasło – „chciwość jest dobra”. Życiowe credo Gordona Gekko stało się jednym z tych filmowych haseł, które najcelniej spuentowały pościg za pieniędzmi pokolenia yuppie lat 80. (Sam slogan był parafrazą prawdziwej wypowiedzi Ivana Boesky’ego – maklera, gracza giełdowego, który trafił do więzienia za malwersacje.) Cały film Stone’a zresztą celnie i bezlitośnie obnażał mechanizmy rządzące amerykańskim (i nie tylko) rynkiem finansowym. Niestety ponad dwadzieścia lat po nakręceniu jednego ze swoich najlepszych filmów Oliver Stone postanowił dokręcić jego kontynuację. „Money Never Sleeps” nie posiadało ani pulsującej energii jaka napędzała oryginał, ani też niestety nie było równie wnikliwe. Koncepcja powracającego z więzienia Gekko, który mszcząc się czyni dobro, była źle poprowadzona a film utonął w melodramatycznym sosie. Ale kasę zarobił. Wszak kasa nigdy nie śpi.

woody allen portret mistrza
Poprzedni

Woody Allen. Portret mistrza - Przepiękny niezbędnik [recenzja]

20th Century Fox
Następny

2000 - 2015 - Najgorsze filmy fantastyczne XXI wieku

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz