Niezbędnik 

Wściekłe psy [recenzja – konkurs Grindhouse]

O Tarantino napisano już prawie wszystko. Ciężko wyrazić swój zachwyt nad twórczością cudownego dziecka Hollywood, które można tylko kochać lub nienawidzić, nie unikając powtórzeń tego, co mądrzejsi już wcześniej ogłosili. Zaliczam się do jego fanów, chociaż nie bezkrytycznych. Sądzę, że reżyser zaliczył kilka wtop w dojrzałej fazie artystycznej działalności. Dlatego zdecydowanie wolę jego wczesne dzieła.

Quentin Tarantino, młody, nic jeszcze nie znaczący dla światowego kina reżyser przebojem otworzył sobie wrota kinowej sławy i chwały. „Wściekłe psy” nie są zwyczajowym filmem gangsterskim. To w pełni świadomy, ironiczny pastisz z lubością łamiący własną konwencję, zabawiający się nią w sposób niezwykle odważny, inteligentny i z wielkim znawstwem tematu. To bardziej wyborne widowisko teatralne obfitujące w odwołania do kultury masowej, niż film z klasyczną liniową narracją i akcją. Tu dobro nie zwycięża i nie ma pozytywnych, szlachetnych bohaterów, przez co wydźwięk tego jednego z czołowych postmodernistycznych obrazów jest zdecydowanie nihilistyczny.

Mamy czytelne nawiązania do trylogii dolarowej spaghetti westernów Sergio Leone, kiczowatych filmów klasy B, tyleż oryginalnych co brutalnych obrazów Sama Peckinpaha, kina noir i wczesnego dzieła samego Kubricka pt. „Zabójstwo”, czy wreszcie „City On Fire” Ringo Lama. Zarzucano reżyserowi bezkrytyczne epatowanie drastyczną przemocą, krwawe okrucieństwo oraz prymitywną wulgarność (272 razy pada słowo „fuck”!). Film porównywano także z dziełami Martina Scorsese czy Abla Ferrary, o którym w tamtym czasie było głośno ze względu na kontrowersyjnego, wyśmienitego „Złego porucznika” z wybitną kreacją Harvey’a Keitla – późniejszego gwiazdora u Quentina. Zresztą Keitel postanowił dorzucić grosza do budżetu filmu, tak bardzo spodobał mu się oryginalny scenariusz. A wkrótce najlepszym dowodem narodzin nowej, tarantinowskiej tradycji obrazowania stał się Guy Ritchie ze swoimi „Porachunkami” oraz „Przekrętem”.

Film zaczyna się, jak to zwykle bywa u Tarantino, rozwlekłą, barwną rozmową nie mającą nic wspólnego z fabułą, raczej o… dupie Maryny. Dialog ma miejsce w obskurnym, podrzędnym barze. Ubrani w eleganckie garnitury, z wyjątkiem dresiarza Nice Guy’a Eddiego (Chris Penn) i jego ojca Joe Cabot’a (Lawrence Tirney), przestępcy o kolorowych pseudonimach – Pan Blond (stuknięty Madsen), Pan Niebieski (Bunker), Pan Brązowy (Tarantino), Pan Pomarańczowy (Roth), Pan Różowy (gadulski Buscemi) i Pan Biały (zasadniczy Keitel) rozprawiają o prawdziwym znaczeniu tekstu piosenki Madonny „Like a Virgin” oraz o zasadności dawania napiwku kelnerkom. Genialna scena, która potem znajdzie wielu naśladowców, stanowiąca wstęp do mającej za chwilę nastąpić rzeźni…

Charakterystyczną cechą tego brutalnego widowiska są sceny pozbawione porządku chronologicznego. Tarantino zajął się gangsterami i ich relacjami, kiedy są już po tragicznym w konsekwencjach skoku na jubilera. A nie są to przestępcy byle jacy, tylko zakapiory z krwi i kości, bezwzględni, czasami wręcz odrażający swoim zachowaniem i gestami. Młody twórca napisał scenariusz, który okazał się majstersztykiem w porównaniu z produkcjami jego kolegów po fachu. Pokazał prawdziwą psychikę przestępców. Nie dokonał nadinterpretacji tematu, który wziął na warsztat. Nie wciskał na siłę niepotrzebnych postaci, nie stworzył zagmatwanych wątków pobocznych. Po prostu miał znakomity, prosty, banalny wręcz pomysł, okraszony ogromną dawką specyficznego poczucia humoru, za które kinomani go pokochali. I w tym tak naprawdę tkwi geniusz dzieł Tarantino. Bo nie historia jest istotna, lecz sposób jej zobrazowania. Idealnie dopasowany soundtrack to również jedna z największych zalet „Wściekłych psów”, podobnie zresztą jak w przypadku późniejszego „Pulp Fiction”. Reżyser okazał się świetnym selekcjonerem piosenek nieco zapomnianych i niedocenianych. Dzięki niemu przeżyły one swoją drugą młodość. „Wściekłe psy” to także początek owocnej współpracy z Andrzejem Sekułą, niedocenionym nad Wisłą, a święcącym swe największe triumfy za oceanem, autorem słynnego, charakterystycznego ujęcia z bagażnika, które z zadziwiającą systematycznością będzie się pojawiało w większości filmów reżysera.

Bardzo dobry, niskobudżetowy film. Zdecydowanie jeden z moich ulubionych i w osobistym rankingu stojący nawet wyżej niż także rewelacyjny i kultowy „Pulp Fiction”. Mimo upływu tylu lat wciąż świeży i frapujący, odbiegający od stereotypowych dzieł tego typu. To nie jest historia z głębokim przesłaniem, ani tym bardziej moralitet. To przerysowany, wielogatunkowy kolaż wszystkich fascynacji Tarantino wyniesionych z brzemiennej w skutkach pracy w wypożyczalni kaset video. Widać tu jak na dłoni wszystkie popełnione z premedytacją zapożyczenia. „Wściekłe psy” mają bawić i bawią ludzi o podobnym, spaczonym poczuciu humoru i estetyki co ich autor, który nota bene uważa swój film za… komedię.

Egmont
Poprzedni

Lil i Put #2: Chodu!!! - idą w dobrym kierunku [recenzja]

Miramax
Następny

7 zakazanych plakatów filmowych

Rafał Szwaracki

Rafał Szwaracki

Brak komentarzy

Dodaj komentarz