RELACJA NA ŻYWO 

Przez Stany POPświadomości – dziennik pokładowy (I)

Przed wami rzecz niezwykła – dziennik Radka Teklaka, prowadzony podczas podróży po Stanach Zjednoczonych. O założeniach i celach podróży „Przez Stany POPświadomości” przeczytacie tutaj, a teraz pora na Radka i jego wrażenia z pierwszej wizyty w Nowym Jorku.

Pierwszego dnia, pierwszego dnia. Oddzieliłem od ciemności światło…
Pilot Delty na ziemi wylądował a nie na nią spadł, rozdzielono nas sprawnie do kolejek i już po pół godzinie oczekiwania, stanąłem przed obliczem bardzo zblazowanego i mocno zmęczonego urzędnika emi-imigracyjnego, który był przedostatnim selekcjonerem ludzi jadących do kraju nieskończonych możliwości. Oczekiwałem krzyżowego ognia pytań, przygotowałem sobie całe drzewka dialogowe, zalgorytmizowałem to przesłuchanie. Tymczasem padły dokładnie trzy zdania: cel wizyty, jak długo, proszę położyć cztery palce prawej dłoni na maszynie do badania odcisków palców. Tego, że muszę również spojrzeć w kamerę Karl Zeiss i okazać siatkówkę, domyśliłem się sam.

Jak każdy urzędnik na planecie, trzasnął dużą pieczęcią i już mogłem się cieszyć. Ponieważ zostaliśmy przemieleni jako jedni z ostatnich, bagaże z karuzela też ściągaliśmy na końcu. Jest coś niewypowiedzianie smutnego w widoku kręcących się na kołowrocie mandżurów tych ludzi, których Amerykanie postanowili jednak nie wpuścić. Niewypowiedzianie i nieskończenie smutnego.

Po szybkim ogarze w hotelu, miałem okazję przetestować nowojorskie metro. Mapka linii i bardziej szczegółowa sieć połączeń Manhattanu i okolic robi wrażenie, ale jak już człowiek zejdzie pod ziemię, przekonuje się, że na dole już tak różowo nie jest. Metro pachnie Dworcem Centralnym sprzed dziesięciu lat, jego stan miejscami woła o pomstę do nieba i interwencję urzędników odpowiedzialnych za bezpieczeństwo publiczne, wejścia takie, że dwie osoby się w nim nie miną, i nie mówię o stereotypowym Amerykanine, ale o polskich szczuplaczkach. Oraz oni, w tej Ameryce, też mają awarie schodów ruchomych.

Plusem jest klimatyzacja w wagonach, która urywa głowę i pracuje tak głośno, że obłędu dostaje się jakoś po trzeciej przejechanej stacji, oraz tychże wagonów szerokość, która umożliwia minięcie się czterech stereotypowych Amerykanów. Ostrożna trójka za infrastrukturę i piątka za sieć połączeń.

Ustawkę z Ketchumem mieliśmy w jego ulubionym lokalu Joeanne Trattoria, w którym ma ewidentnie status mebla. Spędziliśmy tam urocze mnóstwo godzin, podczas których padły takie pytania, jak: skąd pan (koniecznie per pan) czerpie natchnienie, skąd takie schorzałe pomysły, jaki jest pana (koniecznie per pana) styl pracy, kiedy następna książka. Było bardzo pouczająco i ciekawie, po skończonym panelu dyskusyjnym, Ketchum podpisywał książki i uzyskałem od niego dwa autografy.

Po skończonym panelu, który trwał trzydzieści sekund i odbył się wyłącznie w mojej otumanionej przelotem transatlantyckim głowie, zaczęliśmy spożywać alkohol z literatem i prowadzić mniej i jeszcze mniej zobowiązujące rozmowy, jarać szlugi jak starzy i raczej dobrze się bawić niż źle. Podróż śladami popkultury odbyła się w najprzyjemniejszy z możliwych sposobów: przy fajce i burbonie. A że według czasu polskiego był właśnie kwadrans po północy, mogę powiedzieć, że w swoje urodziny piłem alkohol z Jackiem Ketchumem. W słusznej ocenie kolegi Lamberta, trzeba sobie wysoko stawiać poprzeczki. Ponadto, z uwagi na fakt, że według czasu miejscowego, urodziny mam dzisiaj, i znowu widzimy się z pisarzem… No właśnie, jestem w szoku.

Przepraszam, że ja tak dużo o tych urodzinach, ale sami rozumiecie. Gdyby mi ktoś rok temu powiedział, że będę świętował je na Manhattanie, śmiałbym się bardzo długo i smutno.
Około 21 rozeszliśmy się do dalszych zajęć, czyli snucia się po mieście i robienia rzeczy nieodpowiedzialnych z punktu widzenia diety i zdrowego rozsądku.

Garść impresji.

NYC to faktycznie stolica świata, chociaż w wielu miejscach jest brzydszy od wszystkiego najbrzydszego.
Centrum tej stolicy to Times Square, który jest kolorowy, błyszczący, tłoczny i zaskakująco mały.
Konieczną rzeczą jest oczywiście zjedzenie hot doga z budy. Zaprawdę, powiadam wam, zróbcie to tylko raz.

Jeżeli lista twoich zainteresowań wykracza poza perfekcyjną znajomość spisu lokatorów w twojej klatce schodowej, spacerując po Manhattanie, ukręcisz sobie głowę, to gwarantowane. Co trzy metry widzisz coś, co znałeś do tej pory wyłącznie z filmów, książek i opowiadań. Masz taki zaciesz na twarzy, że nie da się go usunąć nawet operacyjnie. W zasadzie ten zaciesz będzie mi pewnie towarzyszył od zmierzchu do świtu, i od przylotu do wyjazdu.

Wizyta w Wendy’s to gwarantowane otłuszczenie wątroby, skok cukru, po którym trzustka popełnia rytualne samobójstwo oraz zmiana składu krwi w hamoglobinę i osercze. To były zawał i otyłość w pigułce, ten bekon posypany bekonem i zalany rozpuszczonym serem, to wiadro pysznego napoju, te frytki… Warto spróbować. Ale tylko raz.  Jak na razie, jedynymi produktami naturalnymi, jakie tu jadłem, były jajka i kawa dzisiaj na śniadanie.

Jestem absolutnie zachwycony tym miastem, za kilka dni zobaczymy, jak z resztą kraju.

Axis History
Poprzedni

Wzruszony Adolf Hitler, czyli ulubione filmy dyktatorów

Nuclear Blast
Następny

Repentless, metal po przejściach - [recenzja]

Radek Teklak

Radek Teklak

Do niedawna analizowałem w korporacji. Od niedawna, ku mojemu zdziwieniu, przestałem i dobrze mi z tym. W wolnych godzinach, których ostatnio więcej, oddaję się pielęgnacji roślin, lekturze i pisaniu dla ludzi.
W dalszym ciągu uważam, że najfajniej jest jak są kobiety, zimne piwo i nie za głośna muzyka.
Lubię mówić długo i bez przerwy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz