RELACJA NA ŻYWO 

Przez Stany POPświadomości – dziennik pokładowy (II)

Przed wami rzecz niezwykła – dziennik Radka Teklaka, prowadzony podczas podróży po Stanach Zjednoczonych. O założeniach i celach podróży „Przez Stany POPświadomości” przeczytacie tutaj, a teraz pora na Radka i jego opowieść o wizycie w Tromaville i spacerze m.in. śladami Kevina…

Drugiego dnia, drugiego dnia. Dzieliłem wody, tak by…

Pomijając brutalne śniadanie, na którym jedynym naturalnym białkiem były jajka, dzień zaczęliśmy od wysokiego ce. Jako reprezentanci biedy, doszliśmy do wniosku, że znakomitym pomysłem będzie wbitka do komunikacji autobusowej. Bardzo sympatyczny Bus Nice Driver wytłumaczył nam zawiłości rozliczeniowe (w dalszym ciągu nie mają kartonikowych biletów, wszystko przechodzi przez Metro Card), opadliśmy na siedzenia na końcu i zaczęliśmy kontemplować miejscowe diversity. Nie istniało. Byliśmy na tych ostatnich siedzeniach niczym ostatnia porcja lodów na balu dziecięcych. Niczym niewierny dotykający Czarnego Kamienia w Kaabie. Jak kryl na fiszbinach walenia. No różniliśmy się.

Podróż przez bardzo barwne okolice Jamajki była bardzo barwna, i bardzo okoliczna. Niestety, nie mogę wam pokazać skasowanego biletu, bo jak już wspomniałem, wszystko przepuszczają przez Metro Card. Jako wytrawny badacz komunikacji miejskiej w miejscach oceniam, że nowojorskie autobusy są dość fajne. Mają sznurek do przystanków na żądanie, siedzenia bez pluszu, więc łatwo je wypłukać z krwi i doskonały system samoobsługi, który polega na tym, że pociskasz guzik na żądania, w drzwiach pstryka i sam je sobie otwierasz. Jak w saloonie. Solidna czwórka.

Wtorkowy trip rozpoczęliśmy od wizyty w Tromaville. To taka bajerancka nazwa na wytwórnię Troma. Dla tych z was, którzy nie wiedzą co to jest, polecam na dzień dobry spiracenie klasyka pod tytułem Toxic Avenger. Dla tych, którzy kumają. No cóż, zazdrośćcie.

Półtorej godziny z przewodnikiem, który na wstępie powiedział, że Troma nie jest jak inne wytwórnie, i można dotykać wszystkiego. Obadaliśmy wszystkie propsy, dotknęliśmy wszystkich taśm, popróbowaliśmy wszystkich urządzeń, zużyliśmy trochę wody. Nie będę się tutaj podniecał, bo będzie z tego wkrótce film, powiem tylko tyle, że przewodnik był zachwycający i znający wszystko, co z wytwórnią związane, reszta składu tak uprzedzająco gościnna i miła, że nie wiedzieliśmy, w co ich w ramach wdzięczności całować, zaś najlepsza była Sara, która podjęła pracę na miejscówce od poniedziałku, i trochę wiedziała, a trochę nie, co ją oczekuje. Na ten przykład, na dzień dobry, wycieczka z Polski.

Moje serce podbiła izba pamięci, w której wisiały memorabilia: artykuły z gazet, wspólne zdjęcie Martina Sheena z Kaufmanem, jeszcze więcej artykułów czy oryginał listu Stana Lee do wytwórców. Czy wspomniałem, że te cudności wywiesili w kiblu? Czy muszę wspominać, że po haśle ‚you can dump here’… A zresztą.

Zachwycające miejsce, zachwycający, otwarci ludzie, rekwizyty, których można dotykać i gumowy penis z zębami, który można nałożyć na rękę. No ja naprawdę nie potrafię odtworzyć stanu zdrowia, szczęścia i radości, który mnie na te prawie dwie godziny dopadł. A jeszcze na sam koniec dostaliśmy po drobnym prezencie. Nie wiem jak inni, ale ja jestem dość szczęśliwy z blurejowej wersji Toxic Avengera. Wprost z czeluści Tromy. Jeżeli nie wiecie o czym mówię, przegapiliście w swoim życiu kilka rzeczy.

Po Tromie pokonaliśmy z buta Queens, wbiliśmy w metro i wylądowaliśmy w dinerze, w którym Seinfeld pisał swoje skecze, zanim został sławny. O dziwo, właściciele nie uznali za stosowne wyjebać cen jedzenia w kosmos, dzięki czemu mogłem zasiąść na tej samej kanapie co on (no co? przez lata, gdy tworzył skecze, na pewno obskoczył wszystkie kanapy) i spożyć pożywnego hamburgera i zupę. Test zupy znajdzie się w którymś odcinku pod roboczym tytułem ‚Testowane na Teklaku’, hamburger był spoko, jaka szkoda, że nie dodali do niego ani grama warzywa, poza ćwiartką małosolnego. Muszę się chyba zacząć do tego powoli przyzwyczajać, że w tym kraju warzywa są trujące i zacząć zamawiać wegetariańskie jedzenie.

Długi spacer przez Hell’s Kitchen i wylądowaliśmy ponownie w Central Parku. Po tym, jak zobaczyłem tunel, w którym chował się ten mały gnojek, który zepsuł wszystkim Polakom święta Bożego Narodzenia, odebrało mi trochę siły w łydkach i w podgrupie, przez most z Leona, udaliśmy się na Strawberry Fields Forever, gdzie zalegliśmy na trawie i zaczęliśmy nęcić miejscowe wiewiórki. Skubane są szare i wyglądają jak wyrośnięte szczury drzewne. Ale miłe.

Chwilę później doznałem urodzinowej radości, Agata stanęła na wysokości zadania i na pokładzie pojawiły się ogórki małosolne, kiełbasa zwykła, placki ziemniaczane i żołądkowa gorzka. Wszystko z Greenpointu. Poświętowaliśmy przy produktach zwartych (ci, którzy mnie słabo znają nie wiedzą, że kolorowej gorzkiej do ust nie biorę), poczytaliśmy Polską Gazetę (artykuł o ataku kałoszkwału porozrywał nam przepony) i udaliśmy się ponownie do Joanne, gdzie meblowo zalegał Jack Ketchum. Robi to codziennie, więc łatwo go było znaleźć.

To, co się działo po tym, jak ludzie z lokalu dowiedzieli się, że mam urodziny, niech pozostanie tajemnicą. Dość powiedzieć, że nowojorczycy potrafią się bawić tak, jak my, oraz życzenia od Ketchuma zawsze na propsie.

Po tym, jak najlepszy barman świata (sorry Ptasior, takie są fakty) skończył nas poniewierać, winszując kolejne kolejki na siebie, musieliśmy zdecydować, jak wracamy na kwadrat. Czy normalnie, metrem, kolejką napowietrzna i szatlem, czy też drogą grozy przez Jamajkę.

Wbrew rozsądkowi demokracja wygrała i zdecydowaliśmy, że jedziemy w środku nocy przez rzeczoną Jamajkę. Wbrew temu, co nam podpowiadały statystyki przestępczości, droga przez owianą złą opinią dzielnicę, zakończyła się pełnym sukcesem. Czasem warto być ekipą mówiącą językiem do złudzenia przypominającym rosyjski. Chociaż gdyby doszło co do czego, pewnie nie skończyłoby się na prostackim wpierdolu. Ostatnie zakupy w 7/11 udały się bez przypału, dzięki czemu mogliśmy zakończyć kolejny dzień żywi, szczęśliwi i napakowani taką dawką radości, że nawet nie potrafię tego stanu ładnie ująć w słowa.

Po tym, jak zobaczyłem tunel, w którym chował się ten mały gnojek, który zepsuł wszystkim Polakom święta Bożego Narodzenia, odebrało mi trochę siły w łydkach i w podgrupie, przez most z Leona, udaliśmy się na Strawberry Fields Forever

Ale to wszystko blednie w zestawieniu z przygodami naszego ekipanta na Tinderze. O czym nie opowiem, nawet gdy zjem zupę.

Garść impresji.

Ludzie z Tromaville są fajni.

Na Hell’s Kitchen kręcą odcinki serialu. Życzysz sobie Banshee albo Jack Bauer relodaded, dostajesz Law&Order. Trochę smutek.

W NYC kuchnie są tak małe, że nikt nie je w domu. Dzięki czemu ma szanse utrzymać się 30 knajp na jednej ulicy.

Mięso jest tańsze od owoców i warzyw. Do hamburgera dostałem bułkę, kolesława i strzęp małosolnego. Plastikowy pojemniczek truskawek leci po pięć dolców. To piekło.

Czerwone światło dla pieszych to wyłącznie sugestia, nikt się nim nie przejmuje, policja ma ważniejsze rzeczy do roboty. Czekam z niecierpliwością na tak śmiałe rozwiązanie w Polsce.

Central Park jest wielki. Ale tak wiecie, wielki wielki. Do wszystkich miejsc, gdzie się coś działo, jest wielce daleko. I wszędzie trzeba dawać z buta.

Na niektórych ławkach w Central Parku są tabliczki. Upamiętniają zdarzenia, ludzi, historię i zwierzęta. Przy jednej uroniłem łzę.

Wczoraj zapomniałem powiedzieć, że właścicielem lokalu, w którym od dwóch dni spotykamy się z Ketchumem, jest ojciec Lady Gaga. Sprawdzone info, polecam.

Nowojorczycy wcale nie są bandą chamów. To mili ludzie, chociaż czasami sprawiają wrażenie straszliwie samotnych.

Wszyscy są bardzo fit. Mogą się upić lepkimi drinkami, ale urodzinowym ciastkiem się nie chcą poczęstować.

Nie ma możliwości, żeby się w tym mieście nie zakochać.

Przepraszam, że znowu o moich urodzinach, ale się jaram.

THE CANADIAN PRESS/HO, CBS Broadcasting Inc.
Poprzedni

6 ulubionych filmów Stephena Kinga

fot. New Yorker / ed. Dzika Banda
Następny

Trollhunters, czyli filmowcy piszą książki

Radek Teklak

Radek Teklak

Do niedawna analizowałem w korporacji. Od niedawna, ku mojemu zdziwieniu, przestałem i dobrze mi z tym. W wolnych godzinach, których ostatnio więcej, oddaję się pielęgnacji roślin, lekturze i pisaniu dla ludzi.
W dalszym ciągu uważam, że najfajniej jest jak są kobiety, zimne piwo i nie za głośna muzyka.
Lubię mówić długo i bez przerwy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz