RELACJA NA ŻYWO 

PRZEZ STANY POPŚWIADOMOŚCI – DZIENNIK POKŁADOWY (III)

Przed wami rzecz niezwykła – dziennik Radka Teklaka, prowadzony podczas podróży po Stanach Zjednoczonych. O założeniach i celach podróży „Przez Stany POPświadomości” przeczytacie tutaj, a teraz pora na Radka i jego opowieść o miejscu, w którym źli ludzie postrzelili Don Vito Corleone, WTC i wielkiej bibliotece …

Trzeciego dnia, trzeciego dnia. Powoli kształty ziemskiego tworzywa…

Podróże nowojorską komunikacją miejską tak nam się spodobały, że nie chcemy robić niczego innego. Dlatego rano znowu pocięliśmy autobusem przez Jamajkę, mimo uszu puszczając wszystkie możliwe ostrzeżenia. Oczywiście nie byłem aż tak nierozsądny, żeby w drodze powrotnej wysiąść w losowym miejscu i sprawdzać, jak daleko uda mi się wejść w przecznicę, bo chociaż materiał byłby z tego fantastyczny, tak pewnie żadnego rekordu bym nie pobił, a nie o takie ‚testowane na Teklaku’ walczyłem. A rekordu bym nie pobił, bo prawie na każdym rogu ulicy stali zakapturzeni młodzieńcy, znacząc swoje terytorium. Dobrze, że mogłem to oglądać przez okna autobusu a nie z perspektywy gleby. Nasi dresiarze muszą się jeszcze wiele nauczyć.

A co pomiędzy tymi podróżami przez życiową dzielnię? Dzisiaj głównie filmowo.

Trasę rozpoczęliśmy od Grand Central Terminal. Jest to monumentalna mroczna budowla z początku wieku, która obsługuje niepojęte ilości podróżnych i jest dworcem z największą liczbą torów. Coś ponad 100. Nic dziwnego, że każdy chce tam kręcić jakiś film. Rześki staruszek zagrał w kilku z nich, ale to były głównie niszowe i niskobudżetowe produkcje… A nie, to jeden z kolejnych punktów programu. Grand Central grał w produkcjach wysokobudżetowych. „Superman”, „Hakerzy”, „Friends with Benefits”, „Życie Carlita”, „Eternal Sunshine of the Spotless Mind”, „Cotton Club”, „Taking Pelham 123” czy „Fisher King” (wybaczcie, że część tytułów po polsku a część w oryginale, ale nie mam pojęcia pod jakim tytułem chodziło w Polsce choćby Eternal Sunshine) [Drogi Radku – „Eternal…” w Polsce występuje jako „Zakochany bez pamięci” a zatem zostawmy oryginał – redakcja].

Dworzec gniecie. Jest wielki, przestronny, jasny i śliczny. Posadzka tak czysta, że aż się prosi, żeby się na niej położyć, albo przynajmniej usiąść. Galerie handlowe ze sklepami z wysokiej półki. Ładnie pachnie. Wspominałem, że jest tak czysto, że jadłbym z podłogi bez strachu? No właśnie. I ładnie pachnie.

To jakiś oszukany dworzec jest.

Następna miejscówka to cukierek dla każdego, kto przeczytał w życiu więcej niż dwie książki. Przed wejściem dwa kamienne lwy, zupełnie jak przed kinem Moskwa w Warszawie, chociaż oczywiście nasze były ładniejsze. A za lwami monumentalna mroczna budowla z początku wieku: Nowojorska Biblioteka Publiczna. Teraz trochę pewnie pobluźnię, ale jej monumentalność mnie przytłoczyła. Nie wiem, czy potrafiłbym w takim miejscu skupić się na czytaniu czy pracy naukowej. Z każdego kąta patrzy na człowieka Historia. W czytelniach na ścianach starzy mistrzowie. Sale tematyczne, w których kiedyś pracowali, tworzyli i spotykali się ze sobą wielcy znani. Przestronne, wysokie korytarze. Tłum turystów, przewalających się z kąta w kąt, i powiem wam, że nie każdy zwiedzający potrafi uszanować fakt, że tu się człowiek skupia. Pomimo zakazu, wszędzie błyskają flesze. Śliczne miejsce, ale dla mnie dobre wyłącznie do zrobienia sobie zdjęcia. Ewentualnie do pracy w późnych godzinach wieczornych, gdy turystyczna stonka przenosi się na Times Square.

Ponieważ najważniejszym filmem, w którym zagrała Biblioteka byli „Ghostbusters”, poszliśmy szukać ducha. Wiem, że nie uwierzycie, ale znaleźliśmy. Są zdjęcia, jest film, było doskonale. Znaleźliśmy też półki z książkami, co nie jest w tym miejscu takie oczywiste. Bawiłem się w szpiegowską akcję i kręciłem ukrytym go-pro z wolnej ręki. Zabawy było co niemiara. Na rozchodniaka spacyfikowałem sklep z pamiątkami i można było szagać dalej.

Aaa…jest, to on. A właściwie On. Gdy idzie się wąwozem 5th Avenue, pojawia się znienacka zza poprzedzającego go budynku i człowiek robi Krecika, taki jest ładny. Empire State Building to bardzo ładna, monumentalna mroczna budowla z początku wieku, i bardzo żałowałem, że nowojorski czas nas goni tak, że nie mogliśmy wjechać na górę. Widok musi być porażający. Ja tu muszę wrócić. Zaloguję się gdzieś, kupię tygodniową kartę na metro i obejrzę ponownie to, co widzieliśmy w NYC do tej pory, oraz rzeczy, na które nie wystarczyło nam czasu. A po tygodniu, naładuję kartę na kolejny tydzień, i będę zwiedzał dalej, jak jakiś szalony turysta. Człowiek napompowany książkami i popkulturą ma wrażenie, że jest u siebie w domu, że zna wszystko to, co właśnie teraz widzi, w każdym momencie musi zachować czujność, bo grozi mu skręcenie głowy.

Kanapkownia Katz została unieśmiertelniona (tak, wiem, wielkie słowo, ale takie są fakty) sceną udawanego orgazmu w „Kiedy Harry poznał Sally”. Bardzo chcieliśmy się przekonać na własne oczy, a właściwie podniebienia i okolice dołu kręgosłupa o tym, czy Meg Ryan aby nie przesadzała

Wbrew temu, co o Nowym Jorku na mieście gadają, to pomijając kilka miejscówek, w których można dostać nagłego ataku szaleństwa, jest tutaj spoko. Tłum nie większy niż w Warszawie, klaksonów nie nadużywają, kierowcy szanują pieszych i rowerzystów, chamscy nowojorczycy przepraszają nawet nie gdy mnie trącali, a ledwie dotykali, wszyscy podejrzanie i uprzedzająco mili, uśmiechają się do innych bez sensu i niepokojąco, bo jak to tak się do obcego uśmiechać. Każdy skory do pomocy. Tak, zdecydowanie złe opinie o mieszkańcach Wielkiego Jabłka są przesadzone. Jak będę stąd za niecałe trzy tygodnie wyjeżdżać, to wrzucę gdzieś pieniążek. Bo chcę tu wrócić. Tak bardzo.

O czym to ja? A, Empire State Building jest śliczny, ale czas nas gonił (mam wrażenie, że to będzie stały punkt programu w naszej podróży), bo orgazm w Katzu sam się nie zrobi. Jak wspomniałem, dzisiaj bardziej filmowo jedziemy. Kanapkownia Katz została unieśmiertelniona (tak, wiem, wielkie słowo, ale takie są fakty) sceną udawanego orgazmu w „Kiedy Harry poznał Sally”. Bardzo chcieliśmy się przekonać na własne oczy, a właściwie podniebienia i okolice dołu kręgosłupa o tym, czy Meg Ryan aby nie przesadzała.

Weszliśmy i oczom naszym ukazał się las. Las ludzkich głów. Tłum wrzał, brzęczał i szumiał, bouncerzy rozdawali numerki i tubalnymi głosami kierowali ludzi do odpowiednich kolejek, obsługa pokrzykiwała, dzieci płakały, starzy ludzie spokojnie umierali w kolejce a kasa robiła ka-czing! Wybaczcie, ale nie.

Katz znajduje się na rogu Houston i Ludlow, odbiliśmy w tę drugą i po przejściu kilkuset metrów znaleźliśmy miłą, kameralną wrapownię. No dobra, to słowo wygląda, jakby ktoś je zbudował w laboratorium na zamówienie rządowe, takie brzydkie skubane. Znaleźliśmy miłą, kameralną jadalnię, gdzie można było dostać mięso zawinięte w pitę. Ale! Pity były z tak ekscentrycznego materiału, jak mąka razowa z kurkumą (moja) a do mięsa dawali dużo zielonego. Nie wiecie nawet z jakim entuzjazmem zamówiłem do tej pity surówkę z czerwonych buraków.

Od wyjazdu z Polski minęło ledwie cztery dni, a ja już się czuję jak narkoman, który przymusowo odstawił sałatę i pomidory. Dlatego na jedzenie rzuciłem się tak, jak podpowiedziała mi kanapka. Jak Beast. Grillowane do chrupkości mięso i wielki kłąb zielonego plus wspomniana surówka z buraków, wywołały u mnie wichry namiętności. Czułem się jakby małe rączki czule masowały moje kubki smakowe. Kozi ser gładził mi czule podniebienie, aromatyczne sosy spływały wolno i kąpały moje gardło w jakiejś orgii smaków. To był orgazm na miarę moich możliwości. Nawet piwo korzenne o aromacie różanego odświeżacza do kibla, nie było w stanie popsuć niczego. A na pewno tych różowych fal szczęścia, przelewających się przez ośrodki przyjemności w moim mózgu. Sorry Sally, no banana.

Papcio Chmiel w odcinku z wannolotem napisał, że Bowery to dzielnica nędzarzy. Już dawno nie. Oczywiście to nie błyszcząca Piąta, ale bajeranckie sklepy, butiki i świeżo otwierane galerie wskazują, że to kolejna dzielnica, którą najechali hipsterzy i artyści.

Jak filmowo, to filmowo. Następna lokacja to stragan, w którym Don Corleone tak niefortunnie kupował pomarańcze, że jakieś chamstwo go postrzeliło. Przetestowałem na sobie kolejną rzecz – zakupy tej niebezpiecznej substancji. Udało mi się kupić bez ran postrzałowych. Tak przy okazji. Na Manhattanie pudełko truskawek kosztowało pięć dolców, i prawie się złamałem. Szczególnej udręki i ekstazy doznałem, gdy okazało się, że w Chinatown za pudełko trochę większe, zapłacę półtora dolara. Jadłem jak pojebany, to zdecydowanie mocny syndrom odstawienia produktów owocowo-warzywnych.

W Chinatown mieliśmy też przypadkowe ale fortunne spotkanie z mieszkanką Nowego Jorku, która zapytała się Lamberta co znaczy napis na jego koszulce (Goń się), i od słowa do słowa, dostaliśmy od pani prawie wywiad. Mamy z tego kolejny film. Ludzie tutaj są dość otwarci i ciekawi innych, mówię wam to.

Rzut oka na Little Italy i opuściliśmy Chinatown, kierując się w stronę lokalu, w którym narodził się nowojorski punk rock. Oczywiście CBGB już nie ma, ale na ścianie naprzeciwko miejsca, gdzie klub był, wymalowano mural, z którego Joey Ramone patrzy na lokację i trochę mu smutno. Mi też było trochę smutno, bo za piwko w CBGB oddałbym 1/64 duszy. Niestety, spóźniłem się kilka lat.

Następne miejsce w naszym planie podróży, jest najbardziej filmowym miejscem na trasie. Szkoda tylko, że był to film zrobiony na żywo, bez udziału statystów. WTC jeszcze z chwilę nie wygląda wcale, bo cały teren po dwóch wieżach jest ogrodzony i widać nic, ale prace trwają i pewnie za kilka lat Amerykanie odstrzelą takie memorial place, że oglądającym będą się gięły kolana. Na razie wyrosła tam ażurowa konstrukcja w kształcie żagla.

Odsapnęliśmy chwilę i kontynuując klucz filmowy, poczłapaliśmy do królestwa Gordona Gekko. Wall Street, stolica światowej finansjery, wygląda bardzo niepozornie, ale duży pieniądz czuć w powietrzu. Oni tam nawet stojaki na rowery mają w kształcie symbolu dolara. Zarabiałbym.

Wiem, jak to zabrzmi, ale dla kogoś, kto skończył uczelnię ekonomiczną, zobaczyć New York Stock Exchange… E, nie zrozumiecie. Sam nie rozumiem, dlaczego cały się zacząłem lekko trząść.

Dalej w dół i w dół, i doszliśmy nad przystań promową nad East River. Oczom moim ukazał się nie Brookliński Most. A w tle, hen, hen daleko, malutka Statua, a właściwie Statuetka Wolności. Wygodne ławki, bryza od wody, zabójcze widoki, nie chciałem stamtąd iść nigdzie już nigdy. Niestety, czas gonił, światło filmowo-zdjęciowe gasło, trzeba było zagęścić ruchy. Za krótko. Zdecydowanie za krótko, chcę szybko więcej.

W metrze, w drodze na Times Square, Kubę zaczepiła miła pani, rozmowa w metrze z nią i jej partnerem, zaowocowała kolejnym filmem. Powiem wam tylko, że w trakcie tej rozmowy okazało się, że ci mili ludzie wypromowali radiowo takich niszowych artystów jak Eminem, Jay Z, Wu Tang Clan czy The Fugees. No biggie.

Na Times Square ponownie mrowie ludzi, już się miałem zacząć irytować, gdy życie stworzyło nam kolejną filmową sytuację. Byliśmy otóż świadkami spacyfikowania naspidowanego młodzieńca, który miał w sobie tyle proszku, że mówił językami, widział rzeczy i w obliczu zatrzymania, zachował się bardzo nierozsądnie. Policjant nie poraził go prądem pewnie tylko dlatego, że interwencja odbywała się w tłumie.

Czas reakcji pierwszego oficera: jakieś 30 sekund maks, i był na miejscu zdarzenia. Czas reakcji następnych, może kolejne 30 sekund. Młodzieniec był tak wyrywny, że policjantom pomagał concerned citizen. Aż przyjemnie było popatrzeć. Znaczy wróć, fuck police brutality and fight the power!

Nocny powrót przez Jamajkę i padłem jak podcięte drzewo. Przeszedłem wczoraj milion kilometrów i gdyby nie entuzjazm, który mnie na krok nie opuszczał, pewnie bym na kogoś nakrzyczał. Na szczęście w tym mieście, nie potrafię się złościć. Jak bardzo chcę tu wrócić.

baner stany popswiadomosci

Taurus Media
Poprzedni

Silas Corey #3 - Testament Zarkoff 1/2 - udany miks historii i sensacji [recenzja]

Insignis
Następny

Robert J. Szmidt - Apokalipsa według Pana Roberta [wywiad]

Radek Teklak

Radek Teklak

Do niedawna analizowałem w korporacji. Od niedawna, ku mojemu zdziwieniu, przestałem i dobrze mi z tym. W wolnych godzinach, których ostatnio więcej, oddaję się pielęgnacji roślin, lekturze i pisaniu dla ludzi.
W dalszym ciągu uważam, że najfajniej jest jak są kobiety, zimne piwo i nie za głośna muzyka.
Lubię mówić długo i bez przerwy.

2 Comments

  1. 2015-09-24 at 20:17 — Odpowiedz

    Bardzo dobrze. Więcej ma być. I te filmy z gopro. Proszę.

  2. zoshany
    2015-10-12 at 18:31 — Odpowiedz

    „Następne miejsce w naszym planie podróży, jest najbardziej filmowym miejscem na trasie. Szkoda tylko, że był to film zrobiony na żywo, bez udziału statystów. WTC jeszcze z chwilę nie wygląda wcale, bo cały teren po dwóch wieżach jest ogrodzony i widać nic, ale prace trwają i pewnie za kilka lat Amerykanie odstrzelą takie memorial place, że oglądającym będą się gięły kolana. Na razie wyrosła tam ażurowa konstrukcja w kształcie żagla.”
    ze pozwole sobie zacytowac..No chyba Pan sie rzeczywiscie spieszyl bo przegapic caly wielki teren z fontannami pamieci ktore sa DOKLADNIE tam gdzie staly wieze raczej trudno :)
    prosze:
    http://cdnassets.hw.net/dims4/GG/a0c532a/2147483647/resize/300x%3E/quality/90/?url=http%3A%2F%2Fcdnassets.hw.net%2F16%2F58%2F1473217a44a8b9f39aaf29c7dc45%2Fgoundzero-wtc-aerial-tcm20-2153076.jpg
    poza tym relacje w porzo :)

Dodaj komentarz