RELACJA NA ŻYWO 

PRZEZ STANY POPŚWIADOMOŚCI – DZIENNIK POKŁADOWY (IV)

Przed wami rzecz niezwykła – dziennik Radka Teklaka, prowadzony podczas podróży po Stanach Zjednoczonych. O założeniach i celach podróży „Przez Stany POPświadomości” przeczytacie tutaj, a teraz pora na Radka i jego podsumowanie czterech dni spędzonych w Nowym Jorku.

Czwartego dnia, czwartego dnia. Sypnąłem gwiazdy w ciemność…

Garść impresji po krótkim, ale niesłychanie intensywnym pobycie w Nowym Jorku.

Pierwsze wejście do metra, podchodzi do nas gość i chce nam sprzedać Metro Card z pięcioma dolarami na niej. Wkłada kartę do maszyny, która pokazuje stan konta. Zgadza się. Na pytanie dlaczego opycha, mówi, że opuszcza miasto. Na przypale, albo wcale. Wyciągam dychę, biorę kartę, gość wydaje mi piątkę. Okazuje się, że wcale nie chciał mnie oszukać, wszystko się zgadza, zyskuję dolca, którego normalnie bym zapłacił za samą kartę. Muszę się czasami odblokować i zacząć ufać ludziom bardziej niż mniej.

Ilość i różnorodność lokali w NYC powala i gniecie. Szliśmy przez Hell’s Kitchen i po jednej stronie ulicy, na której kręcili odcinek Law&Order, od skrzyżowania do skrzyżowania, były same knajpy. Nowojorczycy lubią jeść na mieście. Dziwnym więc nie jest, że to również kulinarna stolica świata. W dalszym ciągu trwam w niemym zachwycie.

Podczas mojej następnej wizyty w Nowym Jorku, przynajmniej cztery dni poświęcę na spróbowanie wszystkich kuchni świata. Pewnie mi się to nie uda, ale umrę próbując.

Nie przeliczajcie dolarów na złotówki. Nigdy i nigdzie nie przeliczajcie miejscowej waluty na złotówki. To rzadko kiedy dobry pomysł, bo potem często człowiek żałuje, że przeliczył, wyszło mu, że drogo i okazja przeminęła z wiatrem, i gorącymi podmuchami powietrza z metra.

Gdyby metro warszawskie gromadziło choćby 30% ludzi tak barwnych, jak ci z nowojorskiego, z wagonu wysiadałbym tylko po to, żeby się trochę przespać. Następnym razem poświęcę dzień wyłącznie na jazdę nowojorskim metrem. I oczywiście wysiądę na chwilę na stacji Valhalla

Nawet jak przyjeżdżacie na kilka dni, bierzcie tygodniowy Metro Card. Odległości na Manhattanie na mapie, wydają się niewielkie. I faktycznie, jak sobie dobrze ułożycie trasę, nie ma daleko. Ale miejsc do obejrzenia jest tyle, że czasami trzeba podjechać, żeby za szybko nie paść. Jedno wejście do metra (możesz się przesiadać między liniami w obrębie stacji) kosztuje 2,75 dolara. Tygodniówka (nieograniczone przejazdy) to dolarów 30. No to sobie sami policzcie. My nie policzyliśmy i się z siebie teraz śmiejemy.

Niby wszyscy wiedzą, ale nikomu nie chce się dźwigać dużych ciężarów. Mała butelka w metrze na JFK to dolar. Ta sama na Manhattanie to już dwa dolary. Na Times Square potrafili winszować trzy. Półtoralitrowa butelka wody w 7/11 obok naszego hotelu w ofercie specjalnej (weź dwie) kosztowała półtora dolara (dwie za trzy). Bo pamiętajcie o jednym: nie ma zwiedzania bez nawadniania. I na takich drobiazgach można oszczędzić naprawdę sporo pieniędzy.

Metro nowojorskie to najgorętsze miejsce w mieście. Na ulicy masz cień. Jak słońce wisi nad głową, zakładasz czapkę albo robisz sobie przerwę pod jakimś daszkiem. Do metra jakimiś specjalnymi rurami, pompują cały upał. Pod ziemią jest zacuch, zaduch i gorąc. Patrzcie na sufity, na niektórych stacjach są wiatraki, pod którymi jest cudownie.

Nie przeliczajcie dolarów na złotówki.

Wszystkie wagony metra są klimatyzowane. Ale tak solidnie. Uwzględnijcie to w doborze odzienia. W sumie, to dobrze, że są klimatyzowane. Gdyby nie były, po dwóch dniach miasto sparaliżowałyby zamieszki na masową skale. Niewykluczone, że połączone z nieładem, nieporządkiem i małą dewastacją.

Gdyby metro warszawskie gromadziło choćby 30% ludzi tak barwnych, jak ci z nowojorskiego, z wagonu wysiadałbym tylko po to, żeby się trochę przespać. Następnym razem poświęcę dzień wyłącznie na jazdę nowojorskim metrem. I oczywiście wysiądę na chwilę na stacji Valhalla.

Zaopatrzcie się w mapę sieci metra. Można je sobie wziąć za darmo na wielu stacjach. Jasne, pewnie są do tego apki. Ale w papierowej mapie nie skończy ci się bateria i nie wysiądzie gps.

Nie przeliczajcie dolarów na złotówki.

Z WTC to ja was trochę oszukałem. Tam już jest memorial. Jednak niektórzy z nas, w tym wasz narrator, byli tak zmęczeni, że każdy, kto zaproponowałby obejście kwartału dokoła, zostałby uderzony chodnikiem w głowę. Lecieliśmy z nóg, a przed nami był jeszcze kawał trasy.

Nic, ale to nic, nie przygotowało mnie na specyficzną strukturę cenową artykułów spożywczych. Półtora litra osłodzonej wody w Walmarcie potrafi być tańsze niż taka sama ilość wody czystej. Za kilogram pomidorów można dostać trzy hamburgery z oferty specjalnej Burger Kinga. Kilogram pomidorów kosztuje tyle samo, co hamburger z serem i bekonem w tymże lokalu. W Walmarcie, w którym byliśmy, nie było w ogóle warzyw ani owoców.

Od kilku miesięcy czytam etykiety na jedzeniu. Wszystko tutaj jest słodzone tym cholernym syropem fruktozowo-kukurydzianym. Wszystko. Dzisiaj w Walmarcie widziałem jakiś lokalny słodki napój w wersji light. Też z syropem. Trochę śmiesznie.

Nie przeliczajcie dolarów na złotówki.

I wszystko jest tutaj za słodkie.

baner stany popswiadomosci

Insignis
Poprzedni

Robert J. Szmidt - Apokalipsa według Pana Roberta [wywiad]

Next Film
Następny

Król życia - carpie diem [recenzja]

Radek Teklak

Radek Teklak

Do niedawna analizowałem w korporacji. Od niedawna, ku mojemu zdziwieniu, przestałem i dobrze mi z tym. W wolnych godzinach, których ostatnio więcej, oddaję się pielęgnacji roślin, lekturze i pisaniu dla ludzi.
W dalszym ciągu uważam, że najfajniej jest jak są kobiety, zimne piwo i nie za głośna muzyka.
Lubię mówić długo i bez przerwy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz