RELACJA NA ŻYWO 

PRZEZ STANY POPŚWIADOMOŚCI – DZIENNIK POKŁADOWY (IX)

Przed wami rzecz niezwykła – dziennik Radka Teklaka, prowadzony podczas podróży po Stanach Zjednoczonych. O założeniach i celach podróży „Przez Stany POPświadomości” przeczytacie tutaj, a teraz pora na Radka i jego opowieść o tym jak zwiedził Waszyngton.

Dziewiątego dnia, dziewiątego dnia… Umówiłem się z nią na dziewiątą. (02.10)

Waszyngton, czyli jak nam powiedziało radio, stolica wolnego świata. Jak na razie pierwsze duże miasto na naszej trasie, w którym nawet najbardziej zlękniony turysta nie ma się czego bać. Wszystkie jawne tajne służby plus tajne tajne służby, i na dodatek tak tajne służby, że nikt o nich nigdy nie słyszał, występują tutaj w takiej liczbie, że kończy się skala. W sumie nie ma się co dziwić, to tutaj jest cały aparat urzędniczo-administracyjny, i to tutaj stacjonuje El Jefe Grande. Bezpieczeństwo przede wszystkim, mundurowi na każdym kroku, radiowozy wszędzie, normalnie regularne państwo policyjne.

No tyle, że nie. Znaczy widzi się policję, ale wbrew temu, co mi skutecznie wmówiono, nie czuje się tutaj jak w oblężonej twierdzy. Jeżeli Amerykanie się czegoś boją, to tego nie okazują. Policja jest, ale jeżeli akurat nie jedzie na sygnale, jest to obecność widoczna ale dyskretna, i nie ma w tym obliczonej na tani efekt ostentacji. Nie wiem czego właściwie od Stanów oczekiwałem, ale miałem przed wyjazdem silne, wewnętrzne przekonanie, że ludzie będą przestraszeni a policja brutalna. Oraz oczywiście wiem, że problem jest głębszy, systemowy i trudny do rozwiązania. Tyle, że go po prostu w dobrych dzielnicach nie widać.

Słowo o Waszyngtonie. To bardzo sterylne miasto. Poza National Mall (objaśnienia dalej), w ogóle nie czułem jego ducha.

Zaparkowaliśmy kampera przy centrum handlowym, podjechaliśmy metrem kilka przystanków, i wycieczkę rozpoczęliśmy od Kapitolu. Owszem, nie powiem, ale znowu, w telewizji ładniej wyglądał. Mają akurat jakiś remont generalny, więc cała kopuła oblepiona rusztowaniami, co jest fajne, bo nadaje jej lekko kubistyczną formę, ale wolałbym jednak te obłości. Ekipa się śmiała, że filmowcy tyle razy Kapitol niszczyli, że główny dzierżawca postanowił wszystko zrobić w sklejce, kartongipsie i miksokrecie, żeby było taniej i łatwiej odbudować po kolejnej rozwałce.

Jako wytrawni podróżnicy, odblokowaliśmy kolejny achievement: wyjazd kolumny pojazdów z Kapitolu. Miła i uśmiechnięta pani policjantka powiedziała nam, że możemy się schować pod wiatą (bo zaczęło padać) i obserwować, ale bez świrowania, bo będzie musiała nas wykopać za horyzont. Nie wiemy kto jechał, ale było ładnie, kolorowo i na sygnale. No i, rzecz jasna, nie świrowaliśmy.

Ponieważ chodzę bez przewodnika, przegapiłem Bibliotekę Kongresu. Znaczy jak stałem na górze, nad Capitol Visitor Center, gapiłem się na nią, ale nie wiedziałem co to jest. Człowiek stary a głupi, i przewodników się boi.

Pożegnaliśmy Kongres ostatnimi samojebkami, i poszliśmy obejrzeć Union Station. W Lower Senate Park akurat odbywała się jakaś smutna impreza okolicznościowa na cześć ‘fallen heroes and heroines’ z różnych formacji mundurowych. Przekonałem się na żywo i na własne oczy, że Amerykanie potrafią w uroczystości żałobne i przemówienia. Cytat gonił cytat, klisza kliszę, ale jako całość, było to odpowiednio podniosłe, budujące, patriotyczne i wzruszające. Dobra robota. Na dodatek mieli gości z dudami, doskonałe połączenie, bo ci akurat potrafili grać.

Union Station to reprezentacyjny dworzec kolejowy. Bardzo reprezentacyjny i bardzo ładny. Mogliście go widzieć w kilku filmach, na przykład w Hannibalu, Collateral Damage czy Wedding Crashers. Wstyd się przyznać, ale szliśmy tam głównie z powodu Taco Bell, w którym miałem testować jedzenie. Dlatego na wizytę w tym miejscu, spuszczę zasłonę milczenia. Bardzo grubą, gęsto tkaną draperię. W pewnym momencie złapałem się bowiem na tym, że w jednym ręku trzymam kubek z resztką napoju z TB, w drugiej komórkę, i nie łamiąc kroku, trzaskam zdjęcia. Wstyd i poruta, obiecuję więcej tak nie robić.

Przed dworcem stoi replika Dzwonu Wolności, bardzo dobrze, że serce jest zablokowane, bo nasze panie zrobiłyby bardzo fachowy alarm pożarowy. Dopiliśmy rozkoszne pychotki z fudkortu i w drogę.

National Mall to dwumilowy kawał placu, położony między Kapitolem a rzeką Potomak. Na jego terenie jest absolutnie wszystko, co trzeba zobaczyć w Waszyngtonie. Zanim zacznę nudną wyliczankę, powiem wam, że spacer tam jest czystą przyjemnością. Znaczy byłby większą, gdyby nie kiepska pogoda. Jeszcze się nie chwaliłem, ale nasza grupa specjalna ‘Na przypale, albo wcale’, ma specjalne moce, wśród których jest na przykład zdolność ‘zróbmy to, zanim dotrze do nas, że to nie ma sensu’, umiejętność przyciągania dziwnych ludzi i kreowanie zdarzeń specjalnych. W tym przypadku jest to bezpośrednie sąsiedzwo huraganu Joaquin, który jeszcze nie wie, czy przywalić w naszego kampera, czy nie. Przez to pogoda od dwóch dni jakaś taka[1].

Szliśmy w chmurach i lekkiej tylko duchocie, i było pięknie. Jak sobie wyobrażę, jak ta długa aleja wygląda w bezchmurny, słoneczny dzień, trochę mi się oczy szklą. Spacer jest bajera, bo chodniki szerokie, schowane w cieniu drzew, a z obu stron patrzy na ciebie Historia. Po jednej stronie National Gallery of Art, po drugiej Smithsonian National Air and Space Museum a przed tobą Washington Monument, czyli ten charakterystyczny bolec, który często niszczą najeźdźcy z kosmosu. Pięknie jest.

Na obejrzenie choćby National Gallery potrzebowałbym pewnie ze trzech dni, a tu trzeba się zmieścić w jednym popołudniu. Wybór jest więc taki, żeby przeć przed siebie, i oglądać to, co jest po drodze.

A więc na początek Bolec. Ponieważ zaszła potrzeba nakręcenia materiału (pod Kapitolem się nie udało, bo nie wiem, czy wspominałem, ale lało), można było się wyciągnąć na trawie i dać odpocząć nogom. Polecam kontemplację tego monumentu z poziomu ziemi, wygląda tak dostojnie, że z wrażenia aż zapomniałem zrobić zdjęcie. Łagodne podejście i już jesteśmy pod mroczną i monumentalną iglicą z początku wieku. Dokoła łopoczą amerykańskie flagi. Ja mam na sobie walmartowego tiszerta z amerykańską flagą. Jeszcze chwila, a zacząłbym śpiewać Star Spangled Banner. Albo recytować Pledge of Allegiance, chociaż nie znam ani jednego, ani drugiego tekstu. Bo wiecie, Amerykanie potrafią tak podkręcić patriotyzm, poczucie przynależności do tego narodu, patriotyzm, dumę z bycia Amerykaninem i jeszcze trochę patriotyzmu, że dłoń sama leci do serca. Nie wiem, jak to robią, ale są w tym doskonali.

W momencie, w którym naszą dumę i patriotyzm, tapla się w błocie, szmaci, gwałci i szarpie deklinacją, zazdroszczę Amerykanom po stokroć. Podróże kształcą, bo dopóki tu nie przyjechałem, śmiałem się z takich dętych tekstów, sadzonych przez innych, że one Nation under God, indivisible, with liberty and justice for all, albo land of the free, and the home of the brave. Jak widać, można mieć dużo lat, siwe włosy, brodę, a dalej być durnym jak but.

Ciągle sypiąc popiołem głowę, w ramach pokuty za rozpowszechniane głupoty, pokonałem Szlak Cebuli (pocięliśmy na skróty przez trawę) i stanąłem na progu hacjendy najpotężniejszego człowieka na Ziemi. Znaczy nie na progu, bo Biały Dom od tłumu chętnych dzielą liczne tereny zielone. Elipsa, (od kształtu), z której północnego skraju prowadziliśmy obserwację. Już za ogrodzeniem, Park Prezydencki, jeszcze dalej Trawnik Południowy, i Biały Dom. Z miejsca gdzie staliśmy, boczne skrzydła budynku przesłaniały nieco drzewa, ale charakterystyczny środek frontu był doskonale widoczny. Orgia samojebek i chwila refleksji. Tam naprawdę siedzi człowiek, który może zakończyć eksperyment pod tytułem ‘Ludzkość’. Gdzieś się coś w środku robi. Nie, żeby od razu klękać, ale coś się w środku robi.

W punkcie widokowym, znalazło się też coś dla nerda. Tuż obok naszego punktu obserwacyjnego stoi Zero Milestone. Jest to znacznik mili zerowej, punkt, który służył do obliczania wszystkich dystansów drogowych w Stanach Zjednoczonych. W chwili obecnej, mierzy się od niego tylko ulice w Waszyngtonie. Niepozorny postumencik z różą wiatrów na szczycie, i nieco zamazanym napisem objaśniającym na przedzie.

Lekki łuk, budka z merczem[2], magnes na lodówkę i wracamy do National World War II Memorial. I po raz kolejny Amerykanie udowadniają, że potrafią budować monumentalne budowle z początku wieku.

Na środku fontanna, dokoła kolumny symbolizujące wszystkie stany, na osi Północ/Południe dwie bramy: Atlantyku i Pacyfiku. Na płycie głównej mniejsze pomniki tematyczne dotyczące wojny na Pacyfiku, lądowania w Normandii i amerykańskich walk w Europie. Na ścianach fragmenty przemówień prezydentów i dowódców wojsk. Tablica upamiętniająca cenę wolności (jedna gwiazdka symbolizuje tysiąc zabitych w wojnie Amerykanów). Oszczędna, nieprzytłaczająca, a przede wszystkich niekrzykliwa forma, która pokazuje przewagi oręża i upamiętnia tych, którzy nie dożyli. Obfotografowałem ryty upamiętniające moje ulubione epizody z dwóch frontów działań wojennych: Zatoka Leyte, Corregidor, Guadalcanal, Midway, Tarawa, Iwo-Jima i Okinawa, a z tej strony wody Bulge i las Huertgen, i ruszyliśmy w stronę Lincoln Memorial.

Schody, schody, jeszcze trochę schodów, kolumny, wejście, w środku lekko najeżony Lincoln w fotelu, a na ścianie za nim podziękowania. Bardzo proste, ale objaśniające za co mu dziękują. Wybaczcie tłumaczenie własne, można doszlifowywać w komciach:
W tej świątyni, podobnie jak i w sercach tych, dla których ocalił Unię, pamięć o Abrahamie Lincolnie, będzie czczona wiecznie.

Żadnego pieprzenia w bambus i pisania laurek, krótko i na temat. Takie mam wrażenie, że dużo temu człowiekowi zawdzięczają. Ponownie, oszczędna treść, choć forma już lekko bizantyjska. Mam wrażenie, że posadzili go tam w celu pilnowania waszyngtońskich biurokratów, żeby za dużych głupot nie narobili. Jak mu idzie, niech każdy oceni sam.

Widok ze szczytu schodów jest przepiękny. U stóp rozpościera się Lincoln Memorial Reflecting Pool, przez którą Forest Gump biegł do Jenny. A wcześniej mówił o Wietnamie. W bezwietrzny dzień, jak w lustrze odbija się w niej Washington Monument. Próbowałem złapać taki moment, ale przy tej pogodzie (wietrzyk wichrzył) było to niemożliwe. No i blogerzy modowi, którzy robili sobie sesję zdjęciową, zasłaniali szczyt Bolca odbity w wodzie.

Mroczyło się już, siły z nas zeszły, czas do domu na kółkach. U służb mundurowych, które akurat stały przy schodach, zasięgnęliśmy języka i ruszyliśmy w stronę metra. Nie wiedziałem, że za trzy minuty zamiecie mną glebę.

Okazało się bowiem, że mijamy Vietnam Veterans Memorial. Na skwerku pomnik trzech żołnierzy, którzy patrzą na najbardziej minimalistyczną rzecz, jaką widziałem podczas tej podróży. Duże, czarne płyty, na których pieczołowicie wyryto nazwiska zabitych podczas wojny w Wietnamie. Ponad 58 tysięcy nazwisk, w porządku chronologicznym.

Czarne płyty, białe litery, wąska ścieżka, taki minimal, że już bardziej się nie da. A trzepie tak, że słowa więzną w gardle. I jak jestem fanem tezy Janka Pospieszalskiego, że warto rozmawiać, tak w tym miejscu warto chwilę pomilczeć. Zresztą nie bardzo chce się gadać. Żeby zrozumieć tak się człowiekowi w środku robi, trzeba tam na chwilę stanąć. Chyba najlepszy sposób na pokazanie szaleństwa wojny – białe litery na czarnym tle, sucha lista, bez słowa komentarza. Nawet nie doszedłem do końca, cyknąłem kilka zdjęć i sobie poszedłem. Mocna rzecz.

W alejce przy tej ścianie, są wyłożone księgi, w których można poszukać nazwisk zabitych żołnierzy. Teklaka nie ma, jest natomiast Arthur John Rambo. Staff Sergeant. 24 lata. Żonaty.

Dalej było już tylko weselej, bo przy 23 ulicy, którą szliśmy do metra, znajduje się Uniwersytet George’a Waszyngtona. I domy bractw (zarówno męskich, jak i żeńskich, które pewnie nie nazywają się bractwa tylko siostrectwa?). No wiecie, kappa sigma pi. Oczywiście nie są to oddzielne budynki, jak na typowych kampusach, bo to jednak nie ten typ zabudowy. Ale oznaczenia na drzwiach nie pozostawiały złudzeń. Tak oto, w końcu zobaczyłem siedzibę tej dziwnej studenckiej struktury na żywo. Nawet powstał projekt, żeby zapukać do sióstr, powiedzieć, że jesteśmy z Europy Wschodniej i chcemy tylko przycupnąć w kącie, ogrzać się przy piecu, i posłuchać ich opowieści o tym, jak się żyje w Sigma Kappa, ale spękaliśmy. Jak miękkie faje podaliśmy tyły.

I już o 21 z minutami byliśmy w kamperze.

O przygodach z mall security, polerowaniu paznokci i przejeździe przez interesujące tereny, opowiem w następnym odcinku.

 

[1] Teraz, kiedy piszę te słowa, zwolennicy ugody zdobyli pewną przewagę nad stronnictwem niezłomnych… A nie, to nie to. Huragan Joaquin dostał już kategorię trzecią (w pięciostopniowej skali) i może zagrozić wschodniemu wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. No biggie.

[2] Merczem nazywamy wszystkie towary nastawione na dojenie turystów. Rzadko kiedy jest w nich gud bargan, maj frend[3]

[3] Gud bargan jest wtedy, gdy ceny są tak niskie, że gardło sobie podrzynam. Nie występuje nigdy w przypadku merczu[4]

[4] Gdyż mercz i gud bargan, maj frend, to kategorie rozłączne.

 

Garść impresji

Nowy Jork szalony, szybki i tłoczny. Bangor ciche i zielone. Salem wysilone. Boston przepiękny. Providence mroczne i przyciężkie. Filadelfia wesoła i duszna. Baltimore (z okien kampera) podupadłe. Waszyngton sterylny.

Wszystkie te miasta łączy jedna wspólna cecha. Praktyczny brak syfu reklamowego, szyldozy i dowolnie formatowego pieprznika. Miasta są czyste, widać to, jak naprawdę wyglądają. Po krajowych realiach, najpierw nie rozumiesz, co się tu dzieje? Czegoś mi brak. A jak już dotrze, to jakby pięścią w twarz dostać. Czyli można.

Jak dotąd, we wszystkich stanach, które mijaliśmy, widziałem cieszące oko tablice: roboty drogowe, wszystkie mandaty za wykroczenia drogowe będą podwojone. Czyli można.

Właśnie, kierowcy. Jacyś dziwni. Do przyjazdu do Baltimore, nikt nie trąbił na naszego kampera, nikt nie trąbił na nas, gdy występowaliśmy jako piesi, luz, czill, wyjebka. W Baltimore pierwszy raz ktoś strąbił kampera, jako pieszy nie występowałem. W Waszyngtonie klaksony są bardzo popularne, ale na pieszych nie trąbią. Czyli można.

W ogóle, jako pieszy, jestem tutaj traktowany jako równorzędny uczestnik ruchu, a nawet trochę uprzywilejowany. Pisałem już, że piesi przechodzą tutaj na czerwonym świetle. I jak się nagle zza zakrętu pojawi samochód, to zamiast trąbić, zwalnia i puszcza ludzi. Czyli można.

To zachwycające. Ponieważ większość tutaj jeździ na automacie, ruszanie ze świateł odbywa się płynnie, bez walki z drążkiem zmiany biegów. Czyli można.

Właśnie, automat plus tempomat to dwa najdonioślejsze wynalazki świata. Taka obserwacja z Sunshine Highway do Bostonu (jechaliśmy przy Dropkickach, to i nazwa adekwatna). Tutaj większość kierowców przestrzega ograniczeń prędkości, nie widziałem zapierdalania w miejsce jazdy, przyuważyłem jednego spiętego ziomka, który śmigał między pasami. Pozostali jeżdżą na luzie i wolą nie płacić wysokich mandatów, w związku z czym praktycznie każdy jedzie z maksymalną dozwoloną prędkością na tempomacie. Wystarczy ustawić się kilkanaście metrów za takim kierowcą, i podróż odbywa się w przyjemnych, niemalże sennych warunkach. Bo widzicie, oni tu wszędzie mają 2-3 pasy, więc nie ma strachu, że ktoś będzie wyprzedzał i wbijał się przed ciebie. Czyli można.

W sumie mogę już chyba poczynić wstydliwe wyznanie. Możesz mieć otwarty umysł, ale jak trzydzieści razy dziennie dostajesz, w takiej czy innej formie, przekazem, że Amerykanie to egocentryczne, zadufane w sobie, głupie durnie, to zaczynasz się łamać i w to wierzyć. A czasami, o zgrozo, i przepraszam wszystkich za błędy przeszłości, puszczać tę bzdurę dalej. Nie wierzcie w wiedzę generała publicznego. Prawda jest taka, że są to wspaniali, przemili i uprzejmi ludzie, którym jest autentycznie przykro, gdy nie potrafią ci pomóc. Z każdym dniem kocham ich coraz bardziej.

baner stany popswiadomosci

chained
Poprzedni

10 książek najbardziej zakazanych

Gris Grimly Dzika Banda 05
Następny

Gris Grimly - groza, groteska i sama słodycz [galeria]

Radek Teklak

Radek Teklak

Do niedawna analizowałem w korporacji. Od niedawna, ku mojemu zdziwieniu, przestałem i dobrze mi z tym. W wolnych godzinach, których ostatnio więcej, oddaję się pielęgnacji roślin, lekturze i pisaniu dla ludzi.
W dalszym ciągu uważam, że najfajniej jest jak są kobiety, zimne piwo i nie za głośna muzyka.
Lubię mówić długo i bez przerwy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz